"Motywacja jest tym, co pozwala ci zacząć, nawyk jest tym, co pozwala ci wytrwać."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wino białe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wino białe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lipca 2011

DORSZ PO SYCZUAŃSKU

Żeby nie było, że rzuciłam temat na -> konkurs, a sama sprytnie zwinęłam żagle...


Gotować lubię dopiero od kilku lat. Wcześniej, przez bardzo długi czas, kuchnia stanowiła dla mnie przylądek Horn nudy; kilka zup, kotlety mielone na zmianę ze schabowymi, mięsne sosy, bigos, kluski, pierogi, smażony w panierce morszczuk i to samo od nowa, w koło Macieja. Na samą myśl o konieczności tysiącznego powtarzania tych samych czynności, po raz kolejny kosztowania tych samych smaków zaczynałam ziewać.


Wszystko zmieniła decyzja przejścia na lżejszą dietę oraz jej konsekwencja w postaci zakupu kilku książek kucharskich z zachęcającymi do degustacji fotografiami i... naraz mój ciasny, skurczony do rozmiarów pudelka zapałek kulinarny horyzont rozciągnął się hen, hen poza zasięg wzroku - pozostawiwszy za sobą widoki, do których przywykłam, jedyne dotąd mi znane.


Nowe okazało się takie fascynujące!
Nowe produkty, przyprawy, kombinacje, sposoby przyrządzania, nowe smaki i aromaty - ich bogactwo mnie zachwyciło i oszołomiło, gotowanie stało się już nie koniecznością, ale szalenie kręcącym mnie i zajmującym hobby.


Całkowicie zmienił się też jego charakter - z intuicyjnego na planowy.
W krótkim czasie nie byłam już w stanie wrócić do dawnych przyzwyczajeń gotowania czegokolwiek, z tego, co przypadkiem wpadło mi w ręce, w stylu - "co by tu teraz przekąsić?".

Zresztą to by się nawet nie udało. Raz, że trudno jest znaleźć w lodówce jednocześnie np. zaległą świeżą papryczkę chili, takiż seler naciowy, cebulkę dymkę, itp., itd., a dwa, że pogoń za nowym/innym momentalnie weszła mi w krew i stała się myślą przewodnią wszelkich moich kulinarnych poczynań, co w pewnym momencie okazało się zresztą wielce przydatne...

***
Gotowanie dla panstwa S.

jest swoistym rodzajem cyrkowej ekwilibrystyki. Głównie za sprawą J., która  - jak twierdzi - swoje życie i zdrowie zawdzięcza ziemniakom.

Salatka nicejska, gulasz irlandzki, kotlet ziemniaczany, ziemniaczane puree, ziemniaki w mundarkach, z wody, tluczone, smażone, pieczone, zapiekane i nadziewane, placki ziemniaczane, ziemniaczany quiche, ziemniaki białe, czerwone, słodkie, pod pierzynką z sera, z masą jajeczną, z miodową glazurą, z syropem klonowym... Na razie wciąż staję na wysokości zadania (ziemniaki na stole obowiązkowo codziennie), ale mam świadomość, że nawet moje uwielbienie dla różnorodności nie rozmnoży inwencji twórczej, której zasoby posiadam jednak ograniczone.

Poza tym J. nie uznaje:

- żadnych przypraw z wyjątkiem soli i pieprzu (przyprawy uczulają),
- jadania poza domem (oprócz frytek - ziemniaki(!) - knajpowe jedzenie to syf),
- większości owoców (za mało słodkie)

- większości warzyw (z przeróżnych powodów, np. okry z powodu jej... kształtu).

Stosunek J. do jedzenia jest oględnie mówiąc... niedbały.
J. posiłki łyka nie poświęcając uwagi ich smakowi. Zdarza się jej jadać potrawy zimne, bo nie używa mikrofalówki (mikrofale to śmierć), a przeważnie nie ma cierpliwości czekać aż coś się zagrzeje w sposób konwencjonalny. Na samo celebrowanie jedzenia też żal jej czasu - je więc na raty, z doskoku, byle gdzie i byle jak - na podłodze, w kucki, stojąc, chodząc, mówiąc, itp.

Kucharzenie dla J. traktuję nie tylko jak wyzwanie, ale przede wszystkim wielką lekcję pokory.

Z A. nie ma takich problemow. Żeby był zadowolony wystarczy, że obiad będzie:

- obfity
- z barbecue sauce (jego ulubionym ostrym sosem
).

Jest tylko jeden szczegół.

Prawie nic nie znaczący drobiażdżek.
A. nie cierpi ziemniaków.

***

Jeśli zaś o konkrety chodzi, szczególną estymą, jak już się pewnie co niektórzy zdążyli zorientować - darzę ryby, moja ulubiona kuchnia zaś to kuchnia chińska, o czym wspominałam przy okazji przyrządzania -> kurczaka z pędami bambusa.

Dzisiaj więc danie łączące te dwie miłości oraz pierwotną przyczynę jego pojawienia się na moim stole - pogoń za różnorodnością - czyli sporządzony aż z 20 składników, przepysznie chrupiący, lekko pikantny - dorsz po syczuańsku. 
Przepis na niego od lat zajmuje w stworzonym, a właściwie stale tworzonym przeze mnie rybnym rankingu wysoką drugą pozycję (choć doprawdy po ostatnim -> pomarańczowo-bobowym łososiu nie jestem pewna, czy nie jest to jednak przypadkiem miejsce ex aequo...)
Zapraszam!:)

Składniki:
  • 1 małe opakowanie ugotowanego makaronu chińskiego lub tajskiego lub 3-4 szklanki ugotowanego ryżu
  • 350 g filetu z dorsza
  • 1 małe roztrzepane jajko
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 4 łyżki wytrawnego białego wina
  • 1+2 łyżki jasnego sosu sojowego
  • olej do smażenia na głębokim tłuszczu /w tym szczególnym przypadku zalecam użycie woka, dzięki czemu potrzeba go znacznie mniej/
  • 1 ząbek czosnku pokrojony na cienkie plasterki
  • 1 cm świeżego imbiru drobno startego
  • 1 cebula drobno posiekana
  • 1 seler naciowy pokrojony na cienkie plasterki
  • 1 świeża czerwona chili drobno posiekana
  • 1 łyżeczka octu ryżowego
  • 1/4- 1/2 łyżeczki mielonego pieprzu syczuańskiego /uwaga - jest bardzo ostry - radzę nie przesadzić - sos jest pikantny już przy użyciu tej mniejszej ilości/
  • 175 ml bulionu rybnego lub warzywnego
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka mąki kukurydzianej
  • 2 łyżeczki wody
  • 5 łyżek pokrojonego drobno szczypiorku
  • opcjonalnie nać selera do przybrania

Wykonanie:

  1. Filet pokrój na kawałki wielkości kęsa.
  2. Jajko z mąką, winem i 1 łyżką sosu sojowego wymieszaj na gładkie ciasto - powinno mieć konsystencję gęstej śmietany. Wrzuć rybę do ciasta i starannie w nim obtocz. 
  3. Olej rozgrzej w woku aż zacznie dymić, zmniejsz ogień i smaż rybę porcjami przez ok. 3 minuty, do przyrumienienia. Po usmażeniu wyłóż ją na papierowe ręczniki, żeby ociekła z tłuszczu, następnie przełóż w ciepłe miejsce /do piekarnika lub na kratkę z woka/.
  4. Odlej olej z woka zostawiając go ok. 1 łyżkę i przez 1-2 minuty smaż na nim czosnek, imbir, cebulę, selera i chili ciągle mieszając. Dodaj resztę - 2 łyżki sosu sojowego i ocet - zamieszaj. Dodaj pieprz syczuański, bulion i cukier - zamieszaj. Dodaj mąkę kukurydzianą rozmieszaną z wodą, następnie szczypiorek. Ciągle mieszając gotuj wszystko przez około 1 minutę aż sos zgęstnieje.
  5. Wrzuć do sosu makaron lub ryż, starannie wymieszaj i podgrzewaj przez 2-3 minuty aż będzie gorący. Wyłóż na talerze, na wierzch połóż rybę i podawaj ozdobioną nacią selera.

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

Potrawę dodaję do akcji Ireny i Andrzeja -> Z Widelcem po Azji.

piątek, 24 czerwca 2011

MINTAJ duszony W POMIDORACH

Tydzień bez ryby to tydzień stracony.

Mogłabym stracić tydzień. 
W listopadzie. 
Ba, nawet całego listopada nie byłoby mi żal. 
Ale mieć w plecy tydzień czerwca? Mojego ukochanego miesiąca?

Nigdy.

Powiem więcej - gdyby było możliwe utrzymać czerwiec przez cały rok codziennym jedzeniem ryb, zrobiłabym to bez mrugnięcia okiem.:)
Tak to jest, jak się kocha po całości.:)
Zresztą sama nie wiem co bardziej - czerwiec czy ryby?:)

Najbardziej - ryby w czerwcu.:)
A dzisiaj szczególnie - mintaja.:)


Dobroczynnych kwasów omega ma on malutko, bo to jedna z najchudszych ryb, ale za to jest niskokaloryczny i wyjątkowo ubogi w rtęć - też miło.:)


Sam z siebie również smakuje tak sobie (podejrzewam, że z uwagi na tę chudość właśnie), toteż zaserwowanie go w sosiku, z niewielkim dodatkiem białego wina, wydało mi się całkiem rozsądnym pomysłem.


I jeśli o mintaja chodzi, pomysł okazał się faktycznie trafiony.
Za to z krewetkami, które posłużyły mu za towarzystwo, poszło trochę gorzej.


Teraz muszę zapamiętać już raz na zawsze, żeby do sosu kupować małe krewetki, np. koktajlowe, te większe zaś przyrządzać jednak w inny sposób (smażenie, bądź grillowanie).
Ewentualnie przed właściwą obróbką jakoś je marynować, gdyż takie sobie zwyczajne wrzucenie tych skorupiaków do łagodnego w wyrazie sosu dało efekt raczej bardziej nijaki - ja tam w każdym razie zachwycona nie byłam, a i mąż jakoś nie lewitował, uznając, całkiem słusznie, że porzuconemu przez krewetki mintajowi dzisiejszy popis wyszedłby znacznie lepiej.


Nic straconego.
Jeszcze mu się da okazję wystąpienia solo, to się będzie mogła ryba wykazać. A dla krewetek będę szukać innego zastosowania, bo te -> hinduskie wciąż i uparcie górą, co się już powoli zaczyna robić nudne.;)


Składniki:

  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 cebula średniej wielkości grubo posiekana
  • 1 por pokrojony w cienkie plasterki
  • 2 ząbki czosnku zgniecione
  • 400 g pomidorów świeżych bez skórki lub krojonych z puszki
  • 2 listki laurowe
  • 50 ml wytrawnego białego wina
  • sól
  • pieprz
  • 750 g filetów białej ryby o zwartym mięsie pokrojonej na kawałki wielkości kęsa /użyłam mintaja/ i owoców morza /użyłam krewetek tygrysich, z których usunęłam wcześniej twarde ogonki/
  • 2 łyżki drobno posiekanej świeżej natki pietruszki

Wykonanie:

  1. Rozgrzej oliwę na średnim ogniu na dużej patelni. Wrzuć na nią cebulę, pora i czosnek. Smaż do lekkiego przyrumienienia, ok. 5 min.
  2. Dodaj pomidory, listki laurowe, wino, sól i pieprz. Doprowadź do wrzenia i duś na wolnym ogniu pod przykryciem ok. 20 min.
  3. Dodaj rybę i duś ok. 5 min. Dodaj owoce morza i duś w zależności od ich rodzaju 5-7 minut.
  4. Przed podaniem posyp całość natką pietruszki i starannie acz delikatnie wymieszaj.

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Szybko i smacznie - Ryby i owoce morza"

poniedziałek, 16 maja 2011

MIĘTUS z rydzem W SOSIE SZPARAGOWYM

Trwa sezon na szparagi - to wiedzą wszyscy i ci blogujący i ci czytający blogujących i tych kilka pozostałych osób, co to ich już można na palcach jednej ręki.;)


Ale kto wie, że jednocześnie z sezonem szparagowym trwa również sezon na ryby?



Tylko nieliczni?
Tak myślałam.

I ubolewam nad tym głęboko, bo choć ten sezon mamy co najmniej od paru tysięcy lat, większość polskiego społeczeństwa do tej pory jeszcze się nie zorientowała. 
Dlaczego nadal, w dobie tak powszechnie dostępnej informacji wciąż trudno jest się przebić TAKIEMU newsowi? Newsowi, który autentycznie ratuje i przedłuża życie?


Może dlatego, że ryby, w odróżnieniu od koncernów farmaceutycznych nie  toczą kampanii reklamowych na swoją rzecz? A nie toczą bo podobnie jak dzieciom nie przyznano im prawa głosu?;)


Tym większa zasługa tych, którzy sami z siebie doceniają unikalną wartość niemych ryb, nabywają je mimo, iż te wystawiane są często po cenach dzieł sztuki i wreszcie stają na głowie, żeby je na swoim stole jak najgodniej zaprezentować.


Mam honor być w tej grupie.
- Zakupione 1,15 kg tuszy miętusa (ryba słodkowodna, o zwartym mięsie, znana z zamiłowania do czystych, wartkich wód) za 35 zł.
- W wyniku przeprowadzonego w domu ponad półgodzinnego procesu filetowania (nie każdy ma talent do bycia rybim rzeźnikiem) otrzymane 0,5 kg ryby (cóż).
- Nieziszczone pragnienie dołożenia do ryby przepisowej trufli sztuk raz (niech będzie, że z powodu tego, iż zaprzyjaźniona świnia tresowana na trufle wyjechała na turnee reprodukcyjne). W zamian dodanie niewątpliwie mniej wyszukanego, za to nie mniej zacnego rydza.:)


Czuję się zasłużona.


Ale ja i tak jestem strasznie mały, miniaturowy wręcz pikuś.

Czy wiecie z czego słynie największe miasto leżącego nad Pacyfikiem amerykańskiego stanu Waszyngton - Szmaragdowe Miasto czyli Seattle?


Bezsenność Toma Hanksa - bardzo dobrze!
Kosmiczna Iglica - brawo!
Najniższy wskaźnik otyłości w USA (dane z 2005 roku) - nie, no tym to już mi naprawdę zaimponowaliście.;)
Latające ryby z Pike Place Fish - najbardziej znanego targu rybnego świata - tak, tak, tak!!!:) 
Kto był pierwszy - ręka w górę!:)


A w nagrodę dla Wszystkich - Pierwszych, Ostatnich i Nie Biorących Udziału W Konkursie - mega optymistyczny film  o wariatach z Farmers Market:


UWAGA - rybi bohaterowie filmu nie są żywi!!!


Są wśród nas ludzie, dla których ryby oznaczają coś więcej niż posiłek - sposób na życie, filozofię, przedmiot otaczającej ich kultury, a nawet kulturę, którą sami tworzą.


Historia tego targu w formie, w jakiej przedstawiono ją na filmie, liczy sobie ponad 20 lat, kiedy to właściciel stojącego u progu bankructwa niewielkiego stoiska rybnego na targu w Seattle postanowił ratować je wydawałoby się dość karkołomnym pomysłem - "zyskania światowej sławy". Jakiż trzeba mieć tupet, żeby w takich okolicznościach wpaść na coś takiego!


"Sprzedawać ryby może każdy, lecz tylko nieliczni potrafią robić to lepiej, niż ktokolwiek inny na świecie" - wychodząc z takiego założenia w niespełna 2 lata World Famous Pike Place Fish Co. nie tylko pozbyło się długów, a jego sława zaczęła docierać do najdalszych zakątków świata, stało się również żywym materiałem poglądowym, bohaterem kilku filmów i całego mnóstwa publikacji o różnym charakterze (seria poradników Fish! rozeszła się po świecie w liczbie 2,5 miliona egzemplarzy; w Polsce najbardziej znaną jest alegoryczna opowieść "Fish! Chwyciło!" autorstwa Stephena Lundina, Harry'ego Paula i Johna Christensena).

Byłam na targu w Seattle.:)
I na własne oczy widziałam do czego zdolne są ryby.:)
A po tym co zobaczyłam, śmiem twierdzić, że do wszystkiego.:)))


Dzisiaj próbowałam stworzyć z nich najelegantszą potrawę, jaką do tej pory jadłam. I też osiągnęłam sukces.:)


Składniki:
  • 8 filetów ok. 600 g, miętusa lub innej białej, zwartej ryby
  • sól
  • pieprz
  • 4 drobno posiekane szalotki
  • 1 młoda marchew pokrojona na bardzo cienkie plasterki
  • sok z 1/2 cytryny
  • 300 ml gorącego bulionu rybnego lub warzywnego
  • 100 ml białego wytrawnego wina
  • 1 trufla oczyszczona i pokrojona na bardzo cienkie plasterki /użyłam 1 rydza, którego nie pokroiłam w celu prezentacji, ale na przyszłość to uczynię, jeśli zaś nie, to go przed użyciem na pewno usmażę, bo okazał się najsłabszym elementem dania. Myślę, że dobrze sprawdziłby się tutaj także niewielki dodatek pasty truflowej zamiast trufli czy rydza/
  • 1 pęczek umytych i w razie potrzeby obranych zielonych szparagów przekrojonych w połowie
  • 2 kopiaste łyżki serka homogenizowanego /użyłam 3% serka Pilos/
  • szczypta pieprzu kajeńskiego
  • 1 łyżka posiekanej świeżej natki pietruszki
Wykonanie:
  1. Osuszoną papierowym ręcznikiem rybę posól, popieprz i odstaw.
  2. Dno patelni wyłóż szalotkami i marchewką. Rozmieść na nich rybę. Wlej sok z cytryny, wywar i wino. Przykryj patelnię pokrywką i doprowadź zawartość do wrzenia.
  3. Ułóż pokrojony grzyb na rybie. Całość duś na małym ogniu ok. 10 minut.
  4. Wrzuć do garnka z lekko osolonym wrzątkiem dolne części szparagów i gotuj je przez 2-3 minuty, następnie dorzuć główki i gotuj kolejne 2-3 minuty, żeby jedne i drugie były miękkie, ale zachowały jędrność. Odsącz. Dolne części szparagów zblenduj na gładką masę.
  5. Wyjmij rybę z sosu i odstaw w ciepłe miejsce. Gotuj sos bez przykrycia aż zmniejszy swoją objętość o połowę. Dodaj serek, pieprz i zmiksowane szparagi, dokładnie wymieszaj. Zwiększ ogień i podgrzewaj całość jeszcze 2 minuty. Przed podaniem wmieszaj w sos pietruszkę /zrobiłam to już po podaniu sosu, co nie wyglądało najlepiej/.
  6. Potrawę podawaj ozdobioną główkami szparagów.
Z czym podawać:

Idealny wydaje się ryż.

Gotowe!


Bardzo smacznego!
Źródło - "Kuchnia dietetyczna"
Potrawę dodaję do akcji Blue Megi -> Sezon na szparagi

wtorek, 19 kwietnia 2011

RYBA PO JUKATAŃSKU

Kolumbowych odniesień ciąg dalszy (-> kiszki z papryką). Niezamierzenie, bo niczego takiego nie planowałam - żadnych podróżniczych eskapad z serii palcem po mapie. Przynajmniej nie dzisiaj.:)
Chciałam jedynie zjeść naprawdę dobrą rybę, a ta akurat, choć bardzo lubiana, nie gościła na moim stole od dość dawna... jakieś 3 lata, więc czas na nią był już najwyższy.

Ryba po jukatańsku.

Ciekawe tylko kto i kiedy Meksykanom, a może i nawet samym Majom dostarczył pieczarki i czy przypadkiem nie w zamian za paprykę?

No dobrze, już dobrze.:) Żartowałam.:)

Danie przyrządzane w ten sposób robiłam dotąd trzykrotnie, przy czym za każdym razem z innym gatunkiem ryby. Po wykonaniu jej dzisiaj z dorszem, a jeszcze wcześniej z tuńczykiem i łososiem arbitralnie stwierdzam, że jak do tej pory nic nie przebija łososia i że odtąd właśnie jego będę polecała jako stałą rybną bazę tej potrawy. 

Nie dlatego, żebym miała cokolwiek przeciwko smakowi innych ryb, absolutnie nie.
Decydujące znaczenie mają tu zupełnie inne, powiedzmy -  estetyczno-wrażeniowe względy.

Po prostu. To własnie na łososiowym tle najefektowniej prezentuje się oliwkowa zieloność sosu i to łososiowe, zwarte mięso najlepiej współpracuje z chrupkością dyniowych pestek.

Niestety łososia nie udało mi się zdobyć*, a delikatny, biały dorsz jak widać, a może raczej, czego nie widać:), zupełnie zgubił się w paprykowo-pieczarkowym sosie i ryżu. Zapewniam Was jednak, że tam był i że smakował tak mocno, jak tylko dorsz potrafi.:)

* Do właścicieli jedynego sklepu rybnego 
w 70-tysięcznym mieście 
na południowym wschodzie Polski 
- list otwarty

Drodzy Państwo!
Czy mogą mi Państwo wytłumaczyć jaka jest filozofia i sens prowadzenia sklepu z szyldem "rybny", w którym NIGDY nie można dostać świeżych ryb? (I bardzo proszę mi tu nie mydlić oczu wigilijnym karpiem, o którego przed Bożym Narodzeniem człowiek potyka się na ulicy).

Czy zdają sobie Państwo sprawę, że asortyment oferowany przez Państwa - zmieloną rybę w zamrożonych na kość wodnych płytach i makrelę w tomacie kupię niemal w każdym bez wyjątku spożywczym sklepie w mieście?

Zapewniam, że gdyby klienci mieli GWARANCJĘ, że dostaną u Państwa to, co powinno być możliwe do dostania w takim właśnie miejscu, zjawialiby się regularnie i regularnie robili u Państwa zakupy.

Myślicie, że tego nie robią, bo nie lubią ryb, albo bo ich na nie nie stać?
Nie.
Nie przychodzą, bo zwyczajnie nie ma po co i dlatego właśnie Wasz sklep notorycznie świeci pustkami. 

Blask ten zresztą wkrótce może się okazać wręcz oślepiający - tylko patrzeć jak i Poczta Polska, w placówkach której nie uświadczy się pudełek do wysyłki, bo ich miejsce zajmują kołdry, szampony i obrusy, obłoży swoje okienka również rybimi puszkami.

W tym kraju wiele spraw jest postawionych na głowie, albo funkcjonuje wręcz bez niej. Czy koniecznie trzeba do tego grona zaliczyć również i Państwa z założenia tak pożyteczną działalność?
Z uszanowaniem 
Lekka coraz lżejsza

Potrawa ma wartość energetyczną od ok. 1150 do 1800 kcal w zależności od tłustości użytej do niej ryby.

Składniki:
  • 4 filety lub steki z łososia /użyłam filetów z dorsza po ok. 180 g każdy/
  • 2 łyżki soku z limonki
  • sól
  • pieprz
  • 1 zielona papryka
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 drobno posiekana cebula
  • 1 zgnieciony ząbek czosnku
  • 40 g pestek dyni
  • skórka starta z 1 limonki
  • 1 łyżka świeżo siekanej kolendry lub natki pietruszki
  • 1 łyżka świeżo siekanej mieszanki innych dowolnych ziół /użyłam pół łyżki suszonych ziół prowansalskich/
  • 60 g małych pieczarek pokrojonych w cienkie talarki
  • 2-3 łyżki soku z pomarańczy lub białego wina
Wykonanie:
  1. Rybę umyj, osusz, przełóż do płaskiej formy na zapiekanki, skrop i obtocz sokiem z limonki, przypraw solą i pieprzem, przykryj i odstaw na 30-45 minut do lodówki.
  2. Nastaw piekarnik na funkcję grillową. Włóż do niego paprykę, na górną półkę i piecz z każdej strony, aż skórka zrobi się czarna i zacznie pękać. Gotową paprykę wyjmij z piekarnika, owiń na 15 minut w papier, po czym obierz ze skórki, wydrąż i drobno posiekaj.
  3. Olej rozgrzej na patelni na małym ogniu i duś na niej cebulę, czosnek, paprykę i pestki dyni, aż cebula zrobi się miękka.
  4. Dodaj skórkę z limonki, wszystkie zioła oraz pieczarki, smaż 1-2 minuty, następnie mieszankę z patelni wyłóż równomiernie na filety z ryby.
  5. Piekarnik rozgrzej do temperatury 180 stopni. Rybę skrop sokiem pomarańczowym lub winem. Piecz pod przykryciem ok. 30 minut.
  6. Podawaj natychmiast.
Z czym podawać:

Ryba po jukatańsku najlepiej smakuje z ryżem - brązowym lub mieszanką długoziarnistego z dzikim.

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"


Potrawę dodaję do akcji Kingi -> Ryby!!! i Ireny i Andrzeja -> Dzień Czosnku.

piątek, 11 marca 2011

GULASZ Z KURCZAKA z fasolą i dynią

Mam takie marzenie.
Że kiedyś wejdę do sklepu, przejdę na dział warzywny, na którym będzie stała dłuuuga lada chłodnicza, sięgnę ręką na półkę i z kilku różnej wielkości owiniętych w folię kawałków wybiorę ten o wadze 750(?) g, który następnie, już w domu, pokroję i przyrządzę. Jak zechcę. Może zrobię z nich tortellini? Może flan? Może ciasto? A może gulasz?

Gulasz z dyni, bo o tym wszechstronnie utalentowanym użytkowo warzywnym cudzie tu mowa, przyrządziłam już dzisiaj, nie czekając na samoistne spełnienie się moich marzeń.


Marzenia się realizuje, a nie o nich śni; szkoda czasu na sen, kiedy cele są do osiągnięcia - realnie, na jawie. Może nie wszystkie i nie zawsze, ale też znacznie więcej i częściej, niż na ogół myślimy. 

Zwykle to kwestia nie Bóg wie jakich nadzwyczajnych ludzkich zdolności, ale najpierw odpowiednio silnej motywacji, następnie zaś - właściwego zorganizowania.

Mówicie - a tam, gadanie.
Wiele bym chciał, czy chciała, staram się i tak i owak, a nie wychodzi.

No właśnie.
Tak już jest ten świat dziwnie skonstruowany, że ludziom częściej udaje się osiągnąć to, czego (tu, teraz i naprawdę) chcą, niż to, czego by (gdzieś, kiedyś i ewentualnie) chcieli.

Dotyczy to, nie inaczej, również uzyskania wymarzonej sylwetki.


"Jeśli się naprawdę chce, to można wszystko"*


Schudnąć.
Być szczupłym.


Jak również mieć możliwość gotowania potraw z dyni i z dynią przez cały rok, nawet w sytuacji, kiedy warzywo to jest w Polsce dostępne w sprzedaży jedynie jesienią.


Ponieważ dynię uwielbiam i chcę ją mieć na stole nie tylko w październiku, to ją sobie mrożę i przechowuję w zamrażarce, i się wściekam, bo przez tę całą dynię niewiele co mogę tam jeszcze wcisnąć, więc marzę o ladzie chłodniczej w sklepie, w dziale warzywnym, i nic, i nic wciąż się w tej materii w naszym kraju nie dzieje! 


Ale co moje, to moje - silna motywacja, właściwa organizacja i:


1.) chudnę, chudnę, CHUDNĘ
2.) dynię - w Polsce - mam i jem, również w marcu, czego i Wam serdecznie życzę.:)

Podane niżej składniki tworzą potrawę (dla - nawet - 6 osób) o wartości energetycznej ok. 2300 kcal. Mimo to liczbę kalorii można w niej jeszcze zredukować i to na szereg sposobów:

- używając do jej sporządzenia wyłącznie piersi
- przygotowując ją z kawałków kurczaka pozbawionych skóry
- usuwając skórę przed podaniem
- usuwając tłuszcz z powierzchni schłodzonego gulaszu.

Ja przygotowałam i podałam gulasz bez żadnej antytłuszczowej interwencji.
Prezentowanie obnażonego kurczaka wydało mi się jakieś takie... nie za bardzo stosowne.
W dodatku publicznie.
I w zimie.

Ale Wy już róbcie, jak chcecie.;)

Składniki:
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1,5 kg kawałków kurczaka /użyłam piersi, udek i podudzi/
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/4 łyżeczki pieprzu
  • 1 średnia cebula grubo posiekana
  • 4 ząbki czosnku obrane i przekrojone na pół
  • 1 szklanka białego wina /użyłam półsłodkiej Sophii/
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego
  • 2 liście laurowe
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 450 g białej fasoli z puszki, odsączonej i wypłukanej
  • 750 g dyni pokrojonej w dużą kostkę

Wykonanie:
  1. Kawałki kurczaka przypraw połową soli i pieprzu. Rozgrzej oliwę i podsmaż je z dwóch stron na dużym ogniu na złoty kolor, następnie przełóż kurczaka do naczynia żaroodpornego z przykrywką.
  2. Zmniejsz ogień, wrzuć na patelnię cebulę i czosnek. Smaż ok. 3 minuty, aż zmiękną. Dodaj wino, koncentrat, liście laurowe, tymianek oraz resztę soli, doprowadź do wrzenia i powstałym sosem zalej kurczaka.
  3. Piecz całość w piekarniku, pod przykryciem, w temperaturze 180 stopni, przez 45 minut.
  4. Dodaj fasolę i dynię. Piecz kolejne 30-45 minut, aż mięso i warzywa będą tak miękkie, jak lubisz. Przed podaniem wyjmij z potrawy liście laurowe.

Z czym podawać:

Z uwagi na obecność zarówno dyni, jak i fasoli można gulasz traktować jako samodzielne danie, bez konieczności uzupełniania go nawet pieczywem.

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Potęga warzyw"

*słowa Martyny Wojciechowskiej, po zdobyciu w 2006 roku Mount Everestu.

sobota, 5 marca 2011

Wykwintny GRATIN Z ŁOSOSIA I OWOCÓW MORZA z selerem i porem

Najpierw się cieszyłam, że zostaję w domu sama bez męża i dziecka, że sobie spokojnie zgotuję swój eksperyment kulinarny, do którego sprowokowała mnie Żeńka, i w końcu, że go sfotografuję bez jednego: - "Weź już skończ cykać, bo wszystko stygnie". Tymczasem wprawdzie założenie zrealizowałam w 100 procentach, ale, na Boga, jakim kosztem?

Kuchnia wygląda jak po trzykrotnym przejściu hordy tatarskiej i na razie boję się tam wejść.
Prawe ramię mam, jak nic, wielkości ramienia Pudziana, a we wnętrzu dłoni otarcie, siniaka i dwa pęcherze.

Oto jak mi się przysłużyło wyglądające tak niewinnie to, co poniżej.

Zanim się ktoś uprzedzi do owoców morza... Nie, spoko, nie zaatakowała mnie ta słodka różowa ośmiorniczka w kropki - to nie ona okazała się członkiem kuchennej mafii (wbrew sugerującemu taki rozwój wydarzeń mianu). 
Główni winowajcy to trzej groźni gangsterzy o ksywkach "Bracia Selerowie" i "Winko" (dla zainteresowanych - na zdjęciu poniżej - ci pierwsi zakumuflowani za wikliną i porem, ten ostatni - w krzaku pietruszki) grasujący w kuchniach niektórych blogerek ze wskazaniem na te, które lubią gotować lekko.


Zaczęło się jak u Hitchcocka trzęsieniem ziemi, a potem było już tylko gorzej.

Selery obrałam przykładnie. Kłopot pojawił się, kiedy trzeba je było pokroić. Każdy po 750 g. Wbić nóż - wbiłam, ale dalej już ani rusz. Ani do przodu, ani do tyłu. Ostrze noża w selerze, trzonek w mojej dłoni i czas stanął w miejscu... 
Zdeterminowana sytuacją zaczęłam walić selerem trzymanym za nóż w deskę do krojenia, na której leżał, jednak bez skutku. Po trwającej jakieś 10 minut zaciekłej walce osiągnęłam sukces - udało mi się wyciągnąć nóż. Miałam dwa wyjścia - cieszyć się z odzyskania noża i nie pakować go w selera ponownie (a finalnie zostać bez obiadu) lub próbować od nowa zmieniając technikę. Wybrałam to drugie. Zarówno pierwsza jak i kolejne zmiany nie przyniosły spektakularnego wzrostu efektywności moich działań, niemniej jednak w końcu się udało; krótkie 45 minut (z przerwami, kiedy nabierałam sił, żeby móc podnieść prawe ramię) i selery poległy.

Jak Wy sobie z czymś takim radzicie?
Prawdziwym błogosławieństwem jest w takich wypadkach mąż, ale co jeśli akurat go nie ma?

Myślałam, że to koniec problemów.
Myliłam się.

Na patelni już smażyły się pory, kiedy zabrałam się za otwieranie wina.
Było to od jakichś 2 dni do 15 minut za późno.

Korkociąg, którego dotychczas używałam, uznał, że w ten akurat korek wchodził nie będzie i że go może co najwyżej sukcesywnie uszkadzać.
Butelka na kuchennym blacie, na krześle, na podłodze, naga ręka - bąble, ręka ze ścierką - siniak, ręka w rękawicy - otarcie i żadnego progresu... Choć weź się i zabij.

Przypominam, że pory już doszły (a nawet przeszły), a seler ostygł jakieś trzysta lat wcześniej.

No czarna rozpacz.
I wtedy przypomniałam sobie, że mam jeszcze drugi korkociąg, taki elegancki, gościowy.
Ten wszedł w korek, jak w masło.
(...)

Myślicie, że to już koniec?

Ja też tak myślałam, a tu big surprise, bo wciśnięty poprzednim korkociągiem korek teraz z kolei za nic nie chciał wyjść...
O rany. Już może oszczędzę Wam opisów czynionych przeze mnie zabiegów, żeby wyciągnąć korek, tudzież przytaczania wszystkich tych ciepłych i serdecznych słów, którymi go przy tej okazji obdarzyłam.
Nieważne... 7 kolejnych morderczych minut i... nareszcie... zwycięstwo! 
Mogłam już(!?) dokończyć przygotowanie sosu z pora.

Krojenie łososia w kostkę - ach, co za rozkosz.:) Niebiańska, niebiańska.:)
Aż zapomniałam, że ręka boli.

I jeszcze do momentu zobrazowanego poniżej wszystko szło w tak miłej i przyjaznej atmosferze.

Dokąd nie wymyśliłam, że żeby zapiekanka ładnie się prezentowała, puree z selera nałożę za pomocą szprycy do kremów.
Nie przewidziałam jednego.
Że troszkę za słabo przyłożę się do blendowania selerów i że miejscami pozostaną one w drobnych kawałkach... 
Efektu się zapewne domyślacie. 
Yhy, yhy... 
Cała nie, ale całkiem spora część kuchni w selerze, który wskutek czynionych na niego nacisków wyskakiwał z końcówki szprycy niespodziewanie i w różnych kierunkach - najrzadziej, ma się rozumieć, do naczynia z zapiekanką...

Ale co Wam powiem, to Wam powiem i niech mnie dunder świśnie, jeśli łżę - WARTO BYŁO.:)

Gratin ma mniej, niż 1600 kcal i z punktu widzenia dietetyki, nie tylko redukcyjnej, wydaje się być potrawą idealną.
Doskonałe proporcje pomiędzy białkiem a węglowodanami, w zasadzie same zdrowe tłuszcze no i prawie 1,5 kg największego sprzymierzeńca każdego dietującego - selera - o walorach którego można przeczytać tu: 
Zachęcam do jak najczęstszego spożywania tego absolutnie fantastycznego warzywa. Szczególnie osoby intensywnie i długo dukające, którym wskutek nadmiernej konsumpcji mięsa i zakwaszenia organizmu grozi skaza moczanowa. Seler na PW jako stały punkt programu (najlepiej surowy, np. w postaci soku) i ryzyko tej strasznej choroby - z którą od 35 lat zmaga się mój ojciec, więc wiem o czym mówię - odsunięte.:)

Składniki:
  • 2 selery po 800 g każdy pokrojone w kostkę
  • sól
  • pieprz
  • 2 pory (biała i jasnozielona część) pokrojone w cienkie krążki
  • 2 drobno posiekane ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy
  • 100 ml białego wytrawnego wina /użyłam półsłodkiej Sophii/
  • 250 ml bulionu rybnego lub warzywnego
  • 1 czubata łyżka mąki kukurydzianej rozcieńczona łyżką wody
  • 2 łyżki niskotłuszczowego serka homogenizowanego /użyłam 3% serka Pilos/
  • garść posiekanej natki pietruszki
  • 220 g fileta z łososia
  • 220 g mieszanki owoców morza (lub tego, co ktoś z nich lubi, np. krewetek, lub innej, niż łosoś ryby)
Wykonanie:
  1. Selera wrzuć do dużego garnka, zalej wrzątkiem i gotuj przez 30 minut, aż zmięknie. Odcedź go bardzo starannie, pozostawiając przez parę minut na sitku, następnie przypraw i za pomocą blendera lub rozdrabniacza zrób z niego puree.
  2. Rozgrzej piekarnik do 190 stopni.
  3. Na patelni rozgrzej oliwę i smaż na niej pora i czosnek przez 4-5 minut. Wlej wino i bulion, zagotuj, wmieszaj mąkę z wodą, następnie dodaj serek i pietruszkę.
  4. Na osobnej patelni podsmaż łososia i owoce morza, jeśli są surowe (gotowane od razu wymieszaj z sosem z porów). Smaż ok 2 minuty, do zmiany koloru. Gotową rybę połącz z sosem.
  5. Całość umieść w naczyniu do zapiekania o wymiarach 25x20 cm i obłóż puree z selera.
  6. Piecz ok. 30 minut, aż środek zapiekanki będzie bulgotał, a jej wierzch się zarumieni. Dobrym sposobem zrumienienia wierzchu jest przeniesienie zapiekanki pod koniec pieczenia na górną półkę piekarnika i włączenie funkcji grillowej.

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Gotuj i chudnij"

Potrawę, mimo, iż nie por jest jej pierwszoplanowym bohaterem, a jednym z trzech  - za to ważnym, dodaję do akcji Basi -> Pora na pora.

Blog jest obecny w serwisie

TOP 10 ostatniego miesiąca