Najpierw się cieszyłam, że zostaję w domu sama bez męża i dziecka, że sobie spokojnie zgotuję swój eksperyment kulinarny, do którego sprowokowała mnie Żeńka, i w końcu, że go sfotografuję bez jednego: - "Weź już skończ cykać, bo wszystko stygnie". Tymczasem wprawdzie założenie zrealizowałam w 100 procentach, ale, na Boga, jakim kosztem?
Kuchnia wygląda jak po trzykrotnym przejściu hordy tatarskiej i na razie boję się tam wejść.
Prawe ramię mam, jak nic, wielkości ramienia Pudziana, a we wnętrzu dłoni otarcie, siniaka i dwa pęcherze.
Oto jak mi się przysłużyło wyglądające tak niewinnie to, co poniżej.
Zanim się ktoś uprzedzi do owoców morza... Nie, spoko, nie zaatakowała mnie ta słodka różowa ośmiorniczka w kropki - to nie ona okazała się członkiem kuchennej mafii (wbrew sugerującemu taki rozwój wydarzeń mianu).
Główni winowajcy to trzej groźni gangsterzy o ksywkach "Bracia Selerowie" i "Winko" (dla zainteresowanych - na zdjęciu poniżej - ci pierwsi zakumuflowani za wikliną i porem, ten ostatni - w krzaku pietruszki) grasujący w kuchniach niektórych blogerek ze wskazaniem na te, które lubią gotować lekko.
Zaczęło się jak u Hitchcocka trzęsieniem ziemi, a potem było już tylko gorzej.
Selery obrałam przykładnie. Kłopot pojawił się, kiedy trzeba je było pokroić. Każdy po 750 g. Wbić nóż - wbiłam, ale dalej już ani rusz. Ani do przodu, ani do tyłu. Ostrze noża w selerze, trzonek w mojej dłoni i czas stanął w miejscu...
Zdeterminowana sytuacją zaczęłam walić selerem trzymanym za nóż w deskę do krojenia, na której leżał, jednak bez skutku. Po trwającej jakieś 10 minut zaciekłej walce osiągnęłam sukces - udało mi się wyciągnąć nóż. Miałam dwa wyjścia - cieszyć się z odzyskania noża i nie pakować go w selera ponownie (a finalnie zostać bez obiadu) lub próbować od nowa zmieniając technikę. Wybrałam to drugie. Zarówno pierwsza jak i kolejne zmiany nie przyniosły spektakularnego wzrostu efektywności moich działań, niemniej jednak w końcu się udało; krótkie 45 minut (z przerwami, kiedy nabierałam sił, żeby móc podnieść prawe ramię) i selery poległy.
Jak Wy sobie z czymś takim radzicie?
Prawdziwym błogosławieństwem jest w takich wypadkach mąż, ale co jeśli akurat go nie ma?
Myślałam, że to koniec problemów.
Myliłam się.
Na patelni już smażyły się pory, kiedy zabrałam się za otwieranie wina.
Było to od jakichś 2 dni do 15 minut za późno.
Korkociąg, którego dotychczas używałam, uznał, że w ten akurat korek wchodził nie będzie i że go może co najwyżej sukcesywnie uszkadzać.
Butelka na kuchennym blacie, na krześle, na podłodze, naga ręka - bąble, ręka ze ścierką - siniak, ręka w rękawicy - otarcie i żadnego progresu... Choć weź się i zabij.
Przypominam, że pory już doszły (a nawet przeszły), a seler ostygł jakieś trzysta lat wcześniej.
No czarna rozpacz.
I wtedy przypomniałam sobie, że mam jeszcze drugi korkociąg, taki elegancki, gościowy.
Ten wszedł w korek, jak w masło.
(...)
Myślicie, że to już koniec?
Ja też tak myślałam, a tu big surprise, bo wciśnięty poprzednim korkociągiem korek teraz z kolei za nic nie chciał wyjść...
O rany. Już może oszczędzę Wam opisów czynionych przeze mnie zabiegów, żeby wyciągnąć korek, tudzież przytaczania wszystkich tych ciepłych i serdecznych słów, którymi go przy tej okazji obdarzyłam.
Nieważne... 7 kolejnych morderczych minut i... nareszcie... zwycięstwo!
Mogłam już(!?) dokończyć przygotowanie sosu z pora.
Krojenie łososia w kostkę - ach, co za rozkosz.:) Niebiańska, niebiańska.:)
Aż zapomniałam, że ręka boli.
I jeszcze do momentu zobrazowanego poniżej wszystko szło w tak miłej i przyjaznej atmosferze.
Dokąd nie wymyśliłam, że żeby zapiekanka ładnie się prezentowała, puree z selera nałożę za pomocą szprycy do kremów.
Nie przewidziałam jednego.
Że troszkę za słabo przyłożę się do blendowania selerów i że miejscami pozostaną one w drobnych kawałkach...
Efektu się zapewne domyślacie.
Yhy, yhy...
Cała nie, ale całkiem spora część kuchni w selerze, który wskutek czynionych na niego nacisków wyskakiwał z końcówki szprycy niespodziewanie i w różnych kierunkach - najrzadziej, ma się rozumieć, do naczynia z zapiekanką...
Ale co Wam powiem, to Wam powiem i niech mnie dunder świśnie, jeśli łżę - WARTO BYŁO.:)
Gratin ma mniej, niż 1600 kcal i z punktu widzenia dietetyki, nie tylko redukcyjnej, wydaje się być potrawą idealną.
Doskonałe proporcje pomiędzy białkiem a węglowodanami, w zasadzie same zdrowe tłuszcze no i prawie 1,5 kg największego sprzymierzeńca każdego dietującego - selera - o walorach którego można przeczytać tu:
zajrzyj -> Bulwa szczęścia i zdrowia
Zachęcam do jak najczęstszego spożywania tego absolutnie fantastycznego warzywa. Szczególnie osoby intensywnie i długo dukające, którym wskutek nadmiernej konsumpcji mięsa i zakwaszenia organizmu grozi skaza moczanowa. Seler na PW jako stały punkt programu (najlepiej surowy, np. w postaci soku) i ryzyko tej strasznej choroby - z którą od 35 lat zmaga się mój ojciec, więc wiem o czym mówię - odsunięte.:)
Składniki:
- 2 selery po 800 g każdy pokrojone w kostkę
- sól
- pieprz
- 2 pory (biała i jasnozielona część) pokrojone w cienkie krążki
- 2 drobno posiekane ząbki czosnku
- 2 łyżki oliwy
- 100 ml białego wytrawnego wina /użyłam półsłodkiej Sophii/
- 250 ml bulionu rybnego lub warzywnego
- 1 czubata łyżka mąki kukurydzianej rozcieńczona łyżką wody
- 2 łyżki niskotłuszczowego serka homogenizowanego /użyłam 3% serka Pilos/
- garść posiekanej natki pietruszki
- 220 g fileta z łososia
- 220 g mieszanki owoców morza (lub tego, co ktoś z nich lubi, np. krewetek, lub innej, niż łosoś ryby)
Wykonanie:
- Selera wrzuć do dużego garnka, zalej wrzątkiem i gotuj przez 30 minut, aż zmięknie. Odcedź go bardzo starannie, pozostawiając przez parę minut na sitku, następnie przypraw i za pomocą blendera lub rozdrabniacza zrób z niego puree.
- Rozgrzej piekarnik do 190 stopni.
- Na patelni rozgrzej oliwę i smaż na niej pora i czosnek przez 4-5 minut. Wlej wino i bulion, zagotuj, wmieszaj mąkę z wodą, następnie dodaj serek i pietruszkę.
- Na osobnej patelni podsmaż łososia i owoce morza, jeśli są surowe (gotowane od razu wymieszaj z sosem z porów). Smaż ok 2 minuty, do zmiany koloru. Gotową rybę połącz z sosem.
- Całość umieść w naczyniu do zapiekania o wymiarach 25x20 cm i obłóż puree z selera.
- Piecz ok. 30 minut, aż środek zapiekanki będzie bulgotał, a jej wierzch się zarumieni. Dobrym sposobem zrumienienia wierzchu jest przeniesienie zapiekanki pod koniec pieczenia na górną półkę piekarnika i włączenie funkcji grillowej.
Gotowe!
Bardzo smacznego!
Źródło - "Gotuj i chudnij"
Potrawę, mimo, iż nie por jest jej pierwszoplanowym bohaterem, a jednym z trzech - za to ważnym, dodaję do akcji Basi -> Pora na pora.






