"Motywacja jest tym, co pozwala ci zacząć, nawyk jest tym, co pozwala ci wytrwać."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przystawki i przekąski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przystawki i przekąski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 maja 2011

KULKI SZPINAKOWO-SEROWE

Totalny brak czasu nie pozwala mi odpisywać na komentarze i odwiedzać Wasze blogi - przez co czuję dyskomfort i za co Was serdecznie przepraszam.
A przepraszając przy okazji również dziękuję, że mimo to wpadacie i piszecie (i jeszcze jak miło!), z czego mam niekończącą się radość.:)


Wczoraj, po pojawieniu się ostatniego wpisu Escapade, który posłużył mojemu mężowi za ciekawy materiał do interpretacji - radość nawet podwójną. Przeczytawszy go mąż stwierdził mianowicie, że podniecać się określeniem - wielka - stanowczo nie powinnam, gdyż coś, co jest wielkie i lekkie jednocześnie, musi być puste w środku. I cóżeś Ty narobiła najlepszego, Droga Escapade? Sprowokowałaś mojego męża do wygłoszenia tekstu, po którym śmiałam się do późnego wieczora, zamiast iść spać, jak to ma w zwyczaju zdecydowana większość śmiertelnie zmęczonych.:)))


Spiętrzenie zajęć w pracy sprawia, że niestety nie gotuję, a to czym zajmuję się teraz w kuchni, nosi znamiona bardziej kulinarnego szelmostwa, niż sztuki.

Kategoria dań dokładnie ta sama - placki ze śniegu Lisa Witalisa i moje kulki z sera - osobiście nie widzę specjalnej różnicy.:)

Że co, że przesadzam?
Ach, tak?
To proszę mi uprzejmie podpowiedzieć - w jakim niby charakterze mogą zostać zaserwowane takie kulki?
Kolacji? Przystawki? Pocisków artyleryjskich?

U mnie wystąpiły jako ozdoba na sałatę i to wyszło ok., ale  uzyskanym efektem smakowym nie jestem specjalnie zachwycona.
Może gdyby były mniejsze i jadło by się je na jeden gryz (realne, choć kłopotliwe - np. zrobione w podstawkach do jajek i z samych malutkich liści szpinaku)?
Może gdyby się je podawało z sałatą z dressingiem, żeby całość była bardziej wilgotna?

Nie wiem.

Jedno nie ulega kwestii - przyrządzony w ten sposób szpinak nie ma smaku szpinaku, tylko sera, toteż gwarantuję, że zostałby spokojnie zjedzony nawet przez aktyw Partii Antyszpinakowej, który - to pewne - dostrzegłby w nim cechy każdej po kolei zieleniny, z wyjątkiem akurat tej jednej.:)

Składniki:
  • ok. 70 g świeżychi liści szpinaku średniej wielkości
  • 250 g chudego sera twarogowego /użyłam miękkiego sera 0% tłuszczu z Piask/
  • 1-2 łyżki drobno posiekanych, świeżych ziół - pietruszki, estragonu, szczypiorku
  • sól
  • pieprz

Wykonanie:
  1. Umyj listki szpinaku i odkrój ich ogonki w taki sposób,żeby pozbyć się również ich najtwardszej części z samego liścia.
  2. Wrzuć listki do garnka z wrzącą, lekko osoloną wodą i gotuj pod przykryciem nie dłużej, niż 3 minuty, żeby się nie rozpadły. Odsącz z wody i ostygnięte osusz papierowym ręcznikiem
  3. 4 małe foremki (75 ml) wyłóż najpierw papierem do pieczenia, następnie liśćmi szpinaku, ich lewą stroną do góry, w taki sposób, żeby końce liści wystawały ponad brzegi foremek.
  4. W osobnej misce wymieszaj twaróg z ziołami i dopraw do smaku solą i pieprzem.
  5. Uformuj z twarogu 4 kulki, umieść w foremkach i owiń je szpinakowymi liśćmi zostawiając odsłonięty nieco wierzchołek. Wstaw na 1 godzinę do lodówki.
  6. Podawaj po wyjęciu z foremek.
Z czym podawać:

No właśnie nie wiem...:)

Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

niedziela, 8 maja 2011

Tuńczykowe VERRINKI Escapade

Kiedy je zobaczyłam na blogu -> Escapade, umieszczone w specjalnie do tego celu przeznaczonych szklaneczkach - tak bezpretensjonalnie urocze, z mety przypadły mi do serca i uznałam, że muszę je zrobić - najlepiej zaraz, już, natychmiast, nie bacząc na brak odpowiednich szklanych akcesoriów.:)

I zrobiłam.:)


Oto jedna z najkrótszych, ale i chyba najbardziej romantycznych historii pojawienia się jakiegoś dania w moim menu.:)

W żelaznym menu - muszę dodać, bo choć Escapade poleca serwowanie verrinek w charakterze przystawki, ja dostrzegłam w nich cechy idealnej wręcz, bo bogatej w białko, potrawy kolacyjnej. A że na redukcji odpowiednio skomponowana kolacja to podstawa, jest absolutnie pewne, że odtąd verrinki - pod tym względem prezentujące się wzorcowo - gościć będą na moim stole już regularnie.:) 
Mimo, iż w ich skład wchodzi przebój kulinarnych straszaków ostatnich lat - duża ryba drapieżna czyli tuńczyk.


Pisząc w ten sposób nie lekceważę bynajmniej poważnego problemu toksyczności produktów przeznaczonych do konsumpcji, z którym ludzkość zmaga się już od jakiegoś czasu i który będzie stale i lawinowo narastać, wprostproporcjonalnie do intensyfikacji toczących się wszelkich procesów cywilizacyjnych, towarzyszącemu im rozwojowi przemysłu, rolnictwa i motoryzacji, i związanych z nimi emisji do atmosfery szkodliwych gazów i pyłów, zanieczyszczenia środowiska metalami ciężkimi, pestycydami, siarką, azotem i wszystkim tym, czego tu jeszcze nie wymieniłam, bo nawet nie mam o tym pojęcia.

Jeśli dodać do tego wszelkie nowoczesne technologie produkowania żywności - na wszystkich etapach i we wszystkich ich formach - genetyczne modyfikowanie roślin, w nienaturalny sposób prowadzoną hodowlę zwierząt (sztuczne skarmianie, masowe stosowanie hormonów, sterydów i antybiotyków) i wreszcie coraz powszechniejsze konserwowanie i utrwalanie produktów przeznaczonych do konsumpcji szybko staje się jasne, że idea zdrowego odżywiania to w dzisiejszych czasach jedynie cel, do którego można dążyć, nie zaś możliwość, po którą się sięga. A jedną z najskuteczniejszych metod zmierzania ku temu celowi, jest maksymalne urozmaicenie diety.

W kontekście ryb, bo w końcu ich miała dotyczyć dzisiejsza notka, sytuacja wygląda następująco:

Otóż przenikająca do środowiska wodnego rtęć zostaje związana w formę organiczną o nazwie metylortęć o toksyczności - jak dowiedziono - znacznie wyższej, niż innych związków rtęci. Choć rtęć spotkać można bez wyjątku we wszystkich produktach spożywczych, z metylortęcią mamy do czynienia głównie  konsumując ryby.

"Żadna ryba nie ucieknie od skażenia rtęcią"1,

jednak nie wszystkich ryb należy obawiać się jednakowo mocno.

Na zatrucie rtęcią narażone są głównie: rekin, miecznik, marlin, makrela królewska, płytecznik i tuńczyk, gdyż  w mięsie tych właśnie, znajdujących się na końcu łańcucha pokarmowego gatunków ryb, może nastąpić nadmierna kumulacja związków rtęci.
Stanie się tak jednakże dopiero wtedy, kiedy będzie ku temu okazja, czyli ryby dożyją odpowiednio zaawansowanego wieku i będą pochodzić z wyjątkowo zanieczyszczonych akwenów wodnych.

Szanse na to wbrew pozorom nie są zbyt duże.

Od wielu już lat, a konkretnie od niespełna pół wieku (ostatnie masowe zatrucie rtęcią pochodzącą z ryb i owoców morza miało miejsce w rejonie zatoki Minemata w 1956 roku) trwa coraz ściślejsza stała kontrola łowisk wodnych pod katem ich skażenia.

" Z końcem lat 70. XX w. zabroniono połowu i sprzedaży ryb w Łabie i przy jej ujściu w Hamburgu, z powodu ponad tysiąckrotnego przekroczenia norm, zawartej w nich rtęci. Podobna sytuacja występuje w Japonii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, państwach nadbałtyckich i wielu innych rejonach świata gdzie rtęć zawarta w ściekach przemysłowych, przedostaje się do rzek i wód morskich powodując skażenie."2

Również wszelkie produkty rybne zanim znajdą się w rynkowym obrocie trafiają pod kontrolę odpowiednich służb weterynaryjnych i sanitarnych, które dbają o to, żeby określone w każdym kraju osobno normy na zawartość toksyn nie były przekraczane.

Czy to znaczy, że nie ma się czym martwić, że jedzenie ryb jest niegroźne?

Na pewno nie bardziej, niż jedzenie czekolady.:)

Żarty żartami, jednak mniej swobodnie do zagadnienia powinny podchodzić na pewno kobiety planujące ciążę, będące w ciąży, karmiące piersią i wychowujące małe dzieci w wieku do lat 5, z powodów, o których każdy zainteresowany nich już sobie sam doczyta, np. tu -> Ryby: co jest zdrowe, a co nie?.

W stosunku do tej grupy osób, za całkowicie bezpieczne uznaje się spożywanie ryb wymienionych, szczególnie zagrożonych gatunków nie częściej niż 1 raz w tygodniu o wadze porcji nie przekraczającej 170 g (1 posiłek rybny) i pozostałych gatunków w ilości 340 g na tydzień (2 posiłki rybne).

Nie więcej.

Ale i nie mniej.:)

"Znacznie bardziej szkodliwe i niebezpieczne dla zdrowia jest niejedzenie ryb - przekonuje Dariush Mozaffarian, dr kardiologii w Harwardzkiej Szkole Zdrowia Publicznego, współautor najnowszych badań, analizujących plusy i minusy konsumpcji ryb.

Ryby i owoce morza są kluczowym źródłem zdrowego dla serca, chudego białka i każdy powinien spożywać około dwóch porcji ryb tygodniowo.

A jeśli zdecydujesz się na ryby bogate w kwasy tłuszczowe Omega-3 ryby (...), możesz dodatkowo obniżyć ryzyko śmierci z powodu zawału serca aż o 36 procent.
Te kwasy tłuszczowe odgrywają również kluczową rolę w prawidłowym rozwoju niemowląt (badania przeprowadzone przez Dr. Emily Oken z Harvard Medical School 1) na grupie kobiet w ciąży wskazują, że każda dodatkowa porcja ryb w tygodniu, zjedzona przez kobietę w ciąży może podnieść poziom inteligencji dziecka o prawie 7%.3) i w walce z depresją u dorosłych."4
Ale dość wymądrzania się na dzisiaj.:)
Teraz będzie sama przyjemna część notki, czyli zamieszczenie nieco zmodyfikowanego pod redukcyjnym kątem przepisu Escapade na zmniejszające ryzyko zawału, dodające mnóstwa energii a przy tym pyszne tuńczykowe verrinki.:)

Składniki:
  • 1 puszka dokładnie odsączonego tuńczyka w sosie własnym (w przeciwieństwie do świeżego tuńczyka, tuńczyk puszkowany znajduje się na liście ryb zagrożonych jedynie umiarkowanym skażeniem rtęcią)
  • 250 g jogurtu naturalnego /użyłam jogurtu 0% tłuszczu Jovi/
  • 1 niepełna łyżka pokruszonych orzeszków ziemnych
  • 1/2 małej cebuli drobno posiekanej
  • sól
  • pieprz kajeński
  • 1 łyżka drobno posiekanych świeżych ziół - natki pietruszki, bazylii, i/lub szczypiorku
  • pęczek rzodkiewki pokrojonej w talarki
  • opcjonalnie zioła do przybrania
Wykonanie:
  1. Rozdrobnionego tuńczyka połącz z jogurtem, cebulą, orzeszkami, ziołami i przyprawami, po czym dokładnie wymieszaj.
  2. Nałóż masę do szklaneczek, przykryj warstwą rzodkiewek, ozdób listkami ziół i podawaj.
Gotowe!

Bardzo smacznego!

Potrawa jest ostatnią dodaną przeze mnie do kończącej się dzisiaj - nad czym ubolewam - akcji Kingi -> Ryby!!! Wiesz, Kingo, chciałabym, żeby Twoja akcja trwała nieustannie.:)

piątek, 25 marca 2011

FLAN Z BOROWIKÓW I PORA

Zupełnie nie wiem jak to się stało, ale ostatniej jesieni ani razu nie jadłam grzybów. Jest to dziwne zważywszy na fakt, iż grzyby bardzo lubię, niezbyt rozsądne, wziąwszy pod uwagę, że tak urodzajnej w grzyby jesieni nie było od x lat i wreszcie kompletnie niczym nieuzasadnione... 
...no chyba, że moją indolencją.

Nie wiem, ile jest warte naprawianie tego kalibru błędów po niewczasie, ale zakładając, że jednak cokolwiek - postanowiłam tego dokonać właśnie dzisiaj i wreszcie zrobić coś pożytecznego z borowikami, które od tylu miesięcy uporczywie okupywały mój zamrażalnik.
W ten oto sposób - na wiosnę:) - powstał widniejący na zdjęciu poniżej flan grzybowo - porowy.


Robiłam go po raz pierwszy i z całą pewnością nie ostatni. Nawet jest wielce prawdopodobne, że potrawę tę wykonam ponownie już za kilka tygodni, na święta. Okazała się bowiem być zarówno pyszna  jak i bardzo elegancka  a poprzez swój uniwersalizm dodatkowo niezwykle inspirująca kulinarnie.

Smakuje na ciepło i na zimno.
Może być samodzielnym daniem obiadowym lub śniadaniowym, ich głównym lub dodatkowym elementem, przekąską, pastą na kanapkę - doprawdy spektrum zastosowania flanu jest ograniczony chyba tylko ramami ludzkiej wyobraźni.
Ja go widzę podany np. z dziczyzną, albo z kaszą gryczaną, albo jako teryna na zimno, z jakimś jasnym sosem - w każdym razie jest w stanie ozdobić każdy stół i uatrakcyjnić każde przyjęcie - zorganizowane nie tylko dla osób takich jak ja, czyli członków Klubu Obciążonych Nadmiarami, ale i dla Normalnych Ludzi również.

Potrawa ma wartość energetyczną ok. 730 kcal.

Składniki:
dla 2 osób (jako danie główne)
dla 4 osób (jako przystawka)
  • 125 g kapeluszy dowolnych leśnych grzybów /użyłam borowików/
  • 125 g pora (tylko biała część) pokrojonego na cienkie plasterki
  • 1 ząbek zgniecionego czosnku
  • 2 łyżki świeżej natki pietruszki drobno pokrojonej
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 4 jajka
  • 100 ml chudego mleka /użyłam mleka 0,5% tłuszczu/
  • sól
  • pieprz

Wykonanie:
  1. Nastaw piekarnik na temperaturę 180 stopni.
  2. Rozgrzej oliwę na patelni, na średnim ogniu. Wrzuć na nią grzyby, pora i czosnek - smaż do  zrumienienia - 3-4 minuty. Całość przestudź, przełóż do rozdrabniacza i lekko zmiksuj. 
  3. W średniej wielkości misce ubij jajka wraz z mlekiem i przyprawami, dodaj do nich masę grzybowo - porową, wszystko starannie wymieszaj i rozmieść w naczyniach żaroodpornych o całkowitej pojemności 500 ml.
  4. Piecz 30-40 minut.
Z czym podawać:

Flan podałam dzisiaj ze stostowanym pełnoziarnistym pieczywem.

Gotowe!


Bardzo smacznego!
Źródło - "Kuchnia dietetyczna"
Potrawę dodaję do akcji Basi -> "Pora na pora".

piątek, 25 lutego 2011

QUESADILLA Z GRILLOWANYM KURCZAKIEM i ananasem

Bardzo lubię kuchnię meksykańską, a w niej szczególnym sentymentem darzę tortille i często je przyrządzam w różny sposób, zwykle w formie najprostszych quesadille - jedynie z żółtym serem, papryką i pomidorem - na śniadanie.
Ale teraz mieli przyjść goście (i jak się można domyśleć nie o 7.00 rano;)), więc wykombinowałam sobie, że warto tę pyszną i bardzo lubianą w moim domu potrawę, podać jako przekąskę w nieco bogatszym, niemniej naturalnie wciąż dietetycznym wydaniu.



Quesadilla to żółty ser, a żółty ser to tłuszcz i kalorie. Jak obejść ten problem na redukcji?


Cudów nie ma, trzeba po prostu użyć sera o zmniejszonej zawartości tłuszczu i ten ser ograniczyć do maksymalnie minimalnych;) rozmiarów, takich, żeby placki tortilli były chociaż (i jedynie) w stanie się skleić. To zasada pierwsza. Zasada druga brzmi zaś - użyć na tyle wyrazistych smakowo dodatków, żeby mimo serowych ograniczeń quesadilla wciąż pozostała apetyczna.

Podobnie jak w przypadku -> pizzy idealnym komponentem dietetycznej quesadilli są więc składniki pieczone/grillowane. Ja użyłam dzisiaj piersi z kurczaka oraz ananasa.


16 cudownie chrupiących kawałków quesedalli zrobionych z małych pszennych tortilli ma razem ok. 1900 kcal. Wartość tę można nieco zmniejszyć nie podsmażając tortilli, a je piekąc, niemniej trzeba się liczyć z tym, że dużo kalorii się w ten sposób nie zaoszczędzi, bo nawet tak przygotowane placki trzeba spryskiwać lekko olejem, żeby się zrumieniły, w przeciwnym razie, choć  smaczne, mogą wyglądać na spalone.


Składniki:

  • 2 filety z piersi kurczaka
  • 2 łyżeczki oleju
  • 3 łyżeczki soku z cytryny
  • sól
  • pieprz
  • 1/2 dużego ananasa
  • 1 opakowanie - 8 małych tortilli
  • 120 g tartego żółtego sera light /użyłam sera z serii Linessa z Lidla/
  • ostra zielona papryczka jalapeño drobno pokrojona /użyłam 6 plastrów takiej ze słoika/
  • opcjonalnie sos barbecue

Wykonanie:
  1. Filety lekko rozbij tłuczkiem.
  2. W małej miseczce połącz olej, sok z cytryny, sól i pieprz. Sporządzoną marynatą posmaruj mięso z obu stron i odstaw na 15 minut.
  3. Pokrój ananasa w równej wielkości słupki, po czym każdy z nich nadziej na szpadkę uprzednio przez 10 minut moczoną w wodzie.
  4. Ustaw piekarnik na funkcję grillowania. Opiekaj najpierw filety po ok. 10 minut z każdej strony, następnie ananasa po ok. 13 minut z dwóch stron. Ananas jest dobrze zgrillowany, jeśli nie wypływa z niego sok.
  5. Po upieczeniu pokrój mięso i ananasa na cienkie plastry.
  6. Rozgrzej patelnię i spryskaj ją olejem w sprayu. Podsmaż na niej 4 tortille z jednej strony. Każdą gorącą tortillę posyp 1/8 sera od usmażonej strony. Na ser kładź kurczaka, następnie ananasa i papryczkę. Całość dopraw niewielką ilością sosu barbecue i posyp resztą sera.
  7. Ponownie rozgrzej patelnię i podsmaż pozostałe tortille. Gorące placki kładź podsmażoną stroną na spody z nadzieniem i przyciskaj.
  8. Gotowe quesadille podsmażaj na małym ogniu, na spryskanej olejem patelni przez 3-4 minuty z obu stron, dociskając placki, żeby roztapiający się ser dobrze je skleił. Usmażone trzymaj w ciepłym miejscu, najlepiej w piekarniku nastawionym na 60 stopni.
  9. Przed podaniem pokrój je radełkiem do pizzy na 4 części (dużą quesadillę kroi się obowiązkowo na 6).
Z czym podawać:

Quesadilla doskonale smakuje zarówno na ciepło jak i na zimno z lajtowym serkiem homogenizowanym (zamiast śmietany) lub keczupem, lub tym i tym.;) 

Gotowe!

Bardzo smacznego!

Potrawa zostaje zgłoszona do konkursu  -> Jestem miłością w kategorii przekąsek.

Edit: 
Danie zostało dostrzeżone i nagrodzone przez Kubę - autora bloga kulinarnego -> Kuba Pichci i jednocześnie pomysłodawcę konkursu, co jest dla mnie wielką radością i za co niniejszym serdecznie Kubie dziękuję.:)

środa, 9 lutego 2011

PIZZA na chlebku pita

Miał być na obiad kurczak, tymczasem, jak się okazało, obchodzimy dzisiaj -> Międzynarodowy Dzień Pizzy. Kolejna taka okazja pojawi się dopiero za rok, więc cóż było robić? Poszły piersi w odstawkę (te kurczęce gwoli ścisłości, moje są wciąż na swoim - poczesnym - miejscu) a na stół wjechała pita.
A co pita ma wspólnego z pizzą?
Ano ma, a przynajmniej mieć może.
Trudno jest bowiem zrobić klasyczną pizzę, na klasycznym spodzie, w taki sposób, żeby miała jakąś przyzwoitą dla potrzeb diety odchudzającej liczbę kalorii. No taka właśnie jest smutna prawda.
Jednak nie ma się co załamywać, bo przyroda dąży do równowagi i obok smutnej gdzieś tam plącze się zwykle i prawda wesoła. W tej konkretnej sytuacji na przykład też i brzmi ona:

nawet na redukcji można sobie pozwolić na pizzę.* 
Jednakowoż pod warunkiem, że się ją do tego odchudzania nieco przystosuje.

Spód z arabskiego chlebka pita to dobra podstawa lekkiej, lajtowej pizzy. Gotowy, pszenny (niestety razowego nie udało mi się kupić, a i zrobić żadnego samodzielnie nie było kiedy), zawiera o ok. 1/5 mniej węglowodanów, o 1/3 mniej kalorii i aż o 3/4 mniej tłuszczu (!), niż ten tradycyjny. Wymiana warta grzechu? W mojej opinii zdecydowanie tak, bowiem przy dodatkowej uwadze poświęconej wierzchowi pizzy, 4 jej sztuki, z podanego przepisu, będą miały łącznie zaledwie ok. 880 kalorii, podczas gdy klasyczna pizza o tej samej wadze zawiera tych kalorii ponad 2000.
I jeśli komuś choć przez chwilę przemknie przez głowę myśl, że smak zaprezentowanej pizzy nie dorównuje klasycznym wypiekom, niech najpierw spróbuje, a potem... 
...już nie będzie o czym gadać.;)


Pizza przed końcowym opieczeniem
Składniki:
  • 1 średnia czerwona papryka
  • 1/4 łyżeczki oregano
  • sól, pieprz
  • 30 g tartego niskotłuszczowego sera mozzarella /użyłam Zottarelli light firmy Zott/
  • 15 g niskotłuszczowego tartego żółtego sera /użyłam mieszanki serów firmy Linessa z Lidla/
  • 2 pełnoziarniste chlebki pita /użyłam pszennych/
  • 3 łyżki niskokalorycznego ketchupu /użyłam ketchupu Light Tomaten Linessy/
  • 1/2 małej, czerwonej cebuli
Wykonanie:

  1. Nastaw piekarnik na funkcję grillowania i połóż paprykę na ruszt. Opiekaj ją ok. 20-30 minut obracając w międzyczasie trzykrotnie, aż skórka z każdej strony bardzo mocno się przypiecze, popęka i będzie odstawać. Na 5-10 minut na ruszt połóż również cebulę.
  2. Gorącą paprykę włóż do papierowej torebki na 15 minut. Następnie obierz ją, usuń gniazda nasienne i pokrój w paski.
  3. Pokrój w plasterki cebulę.
  4. W jednym naczyniu wymieszaj przyprawy, w drugim - sery.
  5. Obie pity ostrożnie przetnij w poprzek, żeby utworzyły 4 cienkie placki. Ułóż je w piekarniku na ruszcie miękką stroną do góry i opiekaj około  2-3 minuty, do przyrumienienia.
  6. Wyjmij pity i na całej ich powierzchni rozsmaruj ketchup. Następnie obłóż wierzchy papryką i przyprawami, posyp serem i ozdób plasterkami cebuli. Całość opiekaj ponownie, przez ok. 2-3 minuty, aż ser się roztopi, a pizze będą gorące.
Gotowe!


Pizza przed końcowym opieczeniem


Bardzo smacznego!
Źródło - "Potęga warzyw"

    Blog jest obecny w serwisie

    TOP 10 ostatniego miesiąca