"Motywacja jest tym, co pozwala ci zacząć, nawyk jest tym, co pozwala ci wytrwać."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czosnek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czosnek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 czerwca 2011

MAKARON Z SZYNKĄ, papryką i oliwkami

Lubicie zmiany?

Osobiście nie wyobrażam sobie bez nich życia; kilka rzeczy i spraw - jak podejrzewam - byłoby zdolnych mnie zabić, a rutynę umieściłabym w ich czołówce - tuż przed prasowaniem i za brakiem przestrzeni dla swobodnego oddechu.
Jest jednak coś, z czym w kontekście zmiany nie idzie mi najlepiej - tj. sam moment przestawiania się z czegoś na coś innego - to sprawia mi niezmiennie spory problem. Upatrywałam go niegdyś w specyfice swojej konstrukcji - no wiecie: - "Helo, to ja, człowiek z  wadą wrodzoną  - genetycznie uszkodzonymi zwrotnicami",  ale od jakiegoś już czasu wiem, że nie o genetykę tu chodzi. Zmiana jest zwykle tym trudniejsza, im bardziej człowiek zaangażuje się w to, z czego wskutek niej musi zrezygnować. Dla mnie zawsze jest mega kłopotem, z tego prostego powodu, iż niestety nie przypominam sobie, żebym robiąc cokolwiek nie wkładała w to 1000, a może i więcej procent siebie.
Poza tym zmiany mnie kochają miłością tak wielką, że nieraz zachodzę w głowę, czym sobie na to zasłużyłam...

Ale dlaczego piszę o tym akurat dzisiaj, przy okazji prezentowania makaronu z szynką?


Tak naprawdę to nie notka jest przy okazji, a właśnie makaron - danie proste i niekłopotliwe w przyrządzeniu, a przy tym niewymagające zbyt długiego czasu przygotowania - potrawa idealna na okres przejściowy pomiędzy tym, co już się skończyło, a tym, co wraca lub nadchodzi i co trzeba będzie - ponownie lub na nowo oswajać...

Tkwię w nim - nie w makaronie, a w tym transitional periods - wciąż lekko oszołomiona i jeszcze niezupełnie, po ostatnim zakręceniu, przytomna, płaczę przy cebuli, przedzielam oliwki na pół, kroję paprykę i myślę sobie, że chyba tak już będzie, że niektórzy tak mają, że muszą żyć od zmiany do zmiany i że nawet znajdują w tym pewną, może nieco masochistyczną, niemniej - bez wątpienia - przyjemność. 

Ja w każdym razie znajduję:), na moment przestawiania zwrotnicy:) - przepis na kolorowo optymistyczny makaron, który polecam dzisiaj wszystkim ciągle w drodze i tym, którym dopiero marzą się silniejsze wrażenia.:) 
Z gwarancją 100% -owej satysfakcji.:)

Składniki:
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 250 g szynki z indyka pokrojonej w plastry wielkości kęsa
  • 2 średnie cebule pokrojone w cienkie półplasterki
  • 3 duże różnokolorowe papryki pokrojone w cienkie paski
  • 2 ząbki czosnku drobno posiekane
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii
  • 1/2 szklanki drylowanych, czarnych oliwek
  • 1 łyżka octu balsamicznego
  • sól
  • pieprz
  • 250 g makaronu pełnoziarnistego rotelle lub farfalle
  • tarty parmezan
  • opcjonalnie świeże listki bazylii do przybrania
Wykonanie:
  1. Rozgrzej oliwę na średnim ogniu, na dużej teflonowej patelni (średnica min. 28 cm). Wrzuć szynkę i cebulę. Podsmażaj ok. 5-8 minut aż cebula się zeszkli, a szynka lekko zrumieni. Dodaj papryki, czosnek i bazylię. Smaż ok. 10 minut, aż papryka całkowicie zmięknie - w razie konieczności przykryj całość przykrywką.
  2. Ugotuj makaron zgodnie z przepisem na opakowaniu. Odlej zachowując 1/4 szklanki wody.
  3. Zdejmij patelnię z ognia. Dodaj oliwki, ocet, sól i pieprz.
  4. Wymieszaj makaron z warzywnym sosem i pozostawioną wodą. Podawaj natychmiast posypany parmezanem.
Gotowe!
 
Bardzo smacznego!
Źródło - "Potęga warzyw"

wtorek, 24 maja 2011

FASOLA PO MEKSYKAŃSKU

Tak przyrządzona fasola pojawia się na moim stole 3-4 razy do roku, czyli często, gdyż-ponieważ jest masakrycznie dobra.:)

Atrakcyjny smak to chyba najważniejsze i najczęściej stosowane kryterium przy komponowaniu menu, prawda?

Problem w tym, jeśli - jedyne.

Problem, bo przecież spożywanie posiłków nie ogranicza się wyłącznie do kontaktu pożywienia z kubkami smakowymi. Odżywianie się to coś na kształt procesu technologicznego, w którym ludzki organizm pełni rolę nie tylko hali produkcyjnej, ale - co istotniejsze - jego - tego procesu - finalnego efektu. 

Słaby jakościowo surowiec - kiepski produkt - nie ma inaczej.

Jeśli o fasolę akurat chodzi to ostatnimi czasy, a konkretnie od 2003 roku, mocno zyskała ona na znaczeniu. W nowej piramidzie żywieniowej rośliny strączkowe i orzechy to po produktach wysokiego przemiału oraz warzywach i owocach - najważniejsze składniki zalecanej diety. Oznacza to, że od 8 lat takiej dajmy na to fasoli na przykład, nie musimy, a nawet nie powinniśmy jeść wyłącznie jesienią i zimą, jak zalecano to kiedyś, ale przez cały, okrągły rok. 
Wszystko dzięki ich wartościom odżywczym, których bogactwo sprawia, że rośliny strączkowe są w stanie zastąpić w diecie nawet mięso, mimo, iż ich białko, w odróżnieniu od zwierzęcego uznawane jest jednak za niepełnowartościowe. Mają za to szereg takich walorów, o których mięso może tylko pomarzyć -> Fasola.


Fasola po meksykańsku to danie o wiele lżej strawne od np. tak popularnej w Polsce fasolki po bretońsku. Przyczynia się do tego fakt, że nie dodaje się do niego mąki, ani kiełbasy (jak przyjrzałam się zdjęciom w grafice Google i poczytałam towarzyszące im przepisy, niektóre prezentowane tam fasolki po bretońsku mają tego "dodatku" więcej, niż samej fasoli), za to wspomagające trawienie, charakterystyczne dla kuchni meksykańskiej przyprawy - kmin rzymski (kuzyn kminku) i chili. To wszystko sprawia, że potrawę przygotowaną w sposób, w który ją dzisiaj serwuję, mogą spożywać nawet osoby ze sporymi problemami gastrycznymi (wielokrotnie wypróbowane i dowiedzione).

Przygotowaną tak - znaczy jak?
Ano albo przy użyciu warzywa z puszki, którą to formę - jeśli o fasolę akurat chodzi - polecam wszystkim wrażliwym na świeże ziarna, albo po bardzo starannej ich wstępnej obróbce. Polega ona na zalaniu ziaren wodą na noc, na przynajmniej 8 godzin, odlaniu wody, zalaniu ich świeżą wodą ponownie, zagotowaniu na dużym ogniu, przykryciu i gotowaniu na małym ogniu bez użycia soli, przez co wprawdzie stracą one szereg swoich cennych właściwości, no ale coś za coś.

A może znacie inne skuteczne metody radzenia sobie z tym super zdrowym, ale bywa, że nieco kłopotliwym warzywem?

Wracając do tematu.
Mój dzisiejszy obiad to też danie niskokaloryczne (zawiera niemal o połowę kalorii mniej, niż tradycyjnie przyrządzana fasolka) mimo, iż jego składnikiem jest sztandarowy postrach odchudzających się, tj. boczek. 
O boczku w kuchni osoby na diecie redukcyjnej pisałam przy okazji przyrządzania -> kurczaka ze śliwkami, teraz więc tylko powtórzę, iż używany rozsądnie z całą pewnością nie przeszkodzi w odchudzaniu, ani też nie zniweczy jego efektów.:) 
Może za to zrobić coś innego, niezwykle pożytecznego, a mianowicie bardzo przyjemnie przysposobić do nowego stylu żywienia nieodchudzających się domowników szczególnie płci męskiej, co, wierzcie mi, czasem jest znacznie ważniejsze, niż spożyte jednorazowo dodatkowe 100 kcal.

Składniki:
  • 2 duże pokrojone w krążki cebule
  • 4 rozgniecione ząbki czosnku
  • 8 bardzo cienkich plastrów chudego boczku - 100 g
  • 2 łyżki oleju
  • 800 g pomidorów z puszki w kawałkach
  • 480 g fasoli czerwonej i/lub białej (jeśli jest z puszki, to przed użyciem dokładnie wypłukanej)
  • 2 łyżeczki kminu rzymskiego
  • 2 łyżki słodkiego sosu chili
  • sól
  • pieprz
Wykonanie:
  1. Na dużej patelni podsmaż boczek. Zdejmij go i odsącz na papierowym ręczniku, po czym ponownie wrzuć na patelnię. Dodaj olej, następnie cebulę i czosnek. Smaż 3-4 minuty aż cebula zmięknie i lekko się zarumieni.
  2. Dodaj resztę składników z wyjątkiem soli i pieprzu. Gotuj całość pod przykryciem na bardzo małym ogniu przez 30-40 minut. W międzyczasie zamieszaj i w razie potrzeby podlej wodą, pamiętając jednakże, że danie ma być gęste. Dopraw i podawaj.
Z czym podawać:

Samej jej zjeść nie da rady - toteż kromka pełnoziarnistego pieczywa mile widziana.:)

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

wtorek, 10 maja 2011

Borowikowe ORZOTTO Z KASZY PERŁOWEJ ze szparagami

To jest mój szparagowy debiut.

Wprawdzie parę lat temu kosztowałam szparagi - ze słoika - ale porównując tamte doznania smakowe z obecnymi nie mam najmniejszych wątpliwości, że to, co wówczas zaliczyłam, to nie było spotkanie z najelegantszym, najwykwintniejszym i najbardziej wyrafinowanym w smaku warzywem świata, jak to miało miejsce dzisiaj, ale klasyczny kulinarny falstart. 

Za to dzisiaj już na pewno jadłam pełnowartościowe, stuprocentowe szparagi i - jak mi się wydaje - nie będę ani oryginalna, ani odosobniona w swojej opinii uznając, że odtąd mają one we mnie zagorzałą fankę.:) 
To zaś może oznaczać tylko jedno - moją wizytę w piątek na rynku i ponowny zakup świeżego biało-zielonego pęczka, na zagospodarowanie którego jeszcze nie mam pomysłu, no może z wyjątkiem tego, żeby go przed przyrządzeniem dokładniej opłukać.:)

Zanim jednak zajmę się planowanym nabytkiem, wypadałoby napisać choć kilka słów o tym tutaj, prawda?:)

Ten (tutaj;)) zakupiłam z zamiarem zaserwowania wraz z kaszowym risotto (orzotto), które w procesie odchudzania sprawdza się lepiej, niż jego klasyczna, ryżowa wersja, z racji posiadania niższego indeksu glikemicznego. Poza tym zawsze cieszy mnie każda ciekawa możliwość urozmaicenia diety tak zdrowym produktem, jak kasza. Przepisowe zestawienie - kasza, borowiki, szparagi i parmezan brzmiało i wyglądało na tyle interesująco, żeby zapowiadać radość co najmniej poczwórną.;) I muszę przyznać, że jego pomysłodawca spisał się na medal, bo mimo, że orzotto stało się już historią, ja na wspomnienie o nim wciąż się uśmiecham.:)

Składniki:
  • 1400 ml bulionu warzywnego
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 cebula drobno posiekana
  • 225 g grzybów, najlepiej leśnych, grubo posiekanych /użyłam mrożonych borowików i kilku pieczarek/
  • 2 ząbki czosnku drobno posiekane
  • 1 szklanka kaszy jęczmiennej perłowej
  • 225 g umytych, oczyszczonych i w razie potrzeby obranych szparagów
  • 50 g tartego parmezanu


Wykonanie:
  1. Doprowadź wywar do wrzenia w średniej wielkości rondlu, przykryj i pozostaw bulgoczący na małym ogniu.
  2. Rozgrzej oliwę na patelni. Wrzuć cebulę i smaż 3 minuty, dodaj grzyby i czosnek - smaż kolejne 5-7 minut aż grzyby zmiękną i odparuje z nich woda. Dodaj kaszę i całość starannie wymieszaj. Dolej 2 szklanki wywaru. Risotto przykryj i gotuj na małym ogniu 15 minut.
  3. Odkrój zielone główki szparagów, a ich pozostałe części pokrój na kawałki wielkości małego kęsa, po czym jedne i drugie wrzuć do rondla na gotująca się wodę i blanszuj przez 2-5 minut, tak, żeby nie utraciły jędrności. Odłów je i przełóż na talerz.
  4. Dolewaj gorący wywar do kaszy po 1/2 szklanki cały czas mieszając w taki sposób, żeby każdorazowo zanim powtórzysz tę operację, cały płyn został wchłonięty. Kiedy cały wywar zostanie zużyty, posyp risotto parmezanem, dodaj kawałki szparagów i wszystko starannie wymieszaj. 
  5. Podawaj risotto ozdobione główkami szparagów.

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Potęga warzyw"
Potrawę dodaje do akcji Blue Megi -> Sezon na szparagi

poniedziałek, 2 maja 2011

Makaronowa SAŁATKA na ciepło Z SOLI i anchois

Pomyślałam sobie, że może warto by napisać w końcu coś pozytywnego o rybach.:)


Coś konkretnego.:)
Coś konkretnie pozytywnego.:)

Bo że ryby są zdrowe, to wiadomo.
Że wpływają na wszystko - też już obiło nam się o uszy.;)

Ale jak konkretnie, to już pewnie jest jasne trochę mniej.
Wnoszę to z tego, że wciąż i wciąż jemy bardzo mało ryb, a to z kolei znaczy, że raczej nie wiemy w jakim konkretnie celu należałoby je jeść i co to jedzenie tak właściwie nam daje.


Powodów tych jest tymczasem całe mnóstwo, 
patrz -> Tłuszcze życia 
w tym najważniejszy, najbardziej istotny czyli - występowanie w rybach i owocach morza kwasów Omega-3 - substancji hamujących rulonizację czerwonych ciałek krwi i w konsekwencji likwidujących zakrzepy i niedopuszczających do rozwoju miażdżycy.


Oto udowodniony badaniem przykład działania kwasów Omega-3:


Krew przed zastosowaniem suplementu diety w postaci kwasów Omega-3, z posklejanymi erytrocytami świadczącymi o skłonności badanej osoby do miażdżycy
Krew tej samej osoby tuż po zastosowaniu kwasów Omega-3, z rozklejonymi i ruchliwymi erytrocytami
Różnica wręcz szokująca, prawda?

Obecność w diecie właściwej ilości kwasów Omega-3 powoduje zmniejszenie nadmiernej agregacji płytek krwi, czyli ich zlepiania się oraz skurczu naczyń wieńcowych i tym samym zapobiega chorobie niedokrwiennej serca. Udowodniono to zresztą nie tylko takimi i innymi badaniami, ale przede wszystkim na przykładzie masowo jedzących ryby i owoce morza Grenlandczyków, którzy spożywając ich 10 razy więcej, niż Europejczycy chorują na serce aż 400 razy rzadziej!

Ryby są więc naprawdę zdrowe, a przy tym - ważne dla dietujących - przyspieszają przemianę materii, na czym mi osobiście ostatnio szczególnie zależy.;)

Stąd pomysł na tę sałatkę:


do której użyłam po raz pierwszy kosztowanych sardeli.


Jak wrażenia?
Powiem szczerze, że ryby te mogą budzić uczucia mieszane z racji swojego niezwykle intensywnego zapachu, ale i smaku również.

Sama nie byłam nimi przykro zaskoczona, ale teraz już wiem, że z ich ilością w potrawach warto uważać. Miałam to szczęście, że pierwszy raz zastosowany przepis uwzględnił trafioną w punkt liczbę filecików, gdyż dosłownie 1 więcej i sałatka zostałaby przez nie zdominowana smakowo, co zdecydowanie zepsułoby efekt końcowy.
Tak się jednak nie stało, co mnie ogromnie cieszy, bo sałatki wyszło całkiem sporo i byłoby nieciekawie, gdyby się miała nie udać.


Ale jeśli ktoś zaczyna przygodę z rybami, albo jest na punkcie ich zapachu szczególnie wrażliwy, może zamiast sardeli, czy też nazywając je z francuska - anchois, użyć do tej potrawy równie wartościowych w kwasy Omega-3 sardynek czy szprotek i też będzie smacznie.:)


W oryginalnym przepisie podstawę sałatki tworzy filet z tuńczyka. Niestety nie udało mi się go nabyć i w ogóle jeszcze nigdy go w moim mieście nie widziałam. 
Czy ktoś z Was kiedykolwiek, gdziekolwiek w Polsce na niego natrafił?


Mój wybór padł więc na solę (mrożoną - 25% glazury!!!!! - po rozmrożeniu można ją było wręcz wyżymać!), której zwarte, nierozpadające się mięso również całkiem nieźle nadaje się na sałatkę.





Składniki:
  • 225 g makaronu /użyłam kolorowych kokardek/
  • 175 g fasolki szparagowej
  • 350 g steku z tuńczyka /użyłam filetu z soli/
  • pieprz
  • 115 g przepołowionych pomidorków koktajlowych
  • 8 odsączonych filetów sardeli drobno posiekanych
  • 2 łyżki odsączonych kaparów
  • 25 g odsączonych czarnych oliwek bez pestek
  • opcjonalnie listki bazylii do przybrania
Dressing:
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 zgnieciony ząbek czosnku
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1/2 łyżeczki tartej skórki z cytryny
  • 1 łyżka świeżo siekanej bazylii
  • sól /nie użyłam - anchois było wystarczająco słone/
  • pieprz
Wykonanie:
  1. Makaron wrzuć do lekko osolonego wrzątku i gotuj wg przepisu na opakowaniu. Na 5-6 minut przed końcem gotowania dodaj fasolkę szparagową. Gdy jedno i drugie zrobi się dostatecznie miękkie, odlej wodę i całość odstaw w ciepłe miejsce.
  2. Nastaw piekarnik na funkcję grillową. Rybę starannie osusz papierowym ręcznikiem i posyp pieprzem. Przełóż na ruszt i opiekaj z dwóch stron po ok. 4-5 minut, aż się łagodnie zarumieni.
  3. Opieczoną rybę podziel na kawałki wielkości kęsa, wrzuć do makaronu wraz z pomidorkami, sardelami, kaparami i oliwkami i dokładnie wymieszaj.
  4. Sałatkę polej dressingiem, dopraw w razie konieczności, jeszcze raz wymieszaj i podaj na ciepło, w ogrzanej salaterce, przybraną bazylią.
Gotowe!


Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"


Potrawę dodaję do akcji Kingi -> Ryby!!! oraz akcji Małgo -> Viva la pasta!2

sobota, 30 kwietnia 2011

Kremowa ZUPA totalnie WIOSENNA

No i nadszedł moment wyznania tej szokującej prawdy - ostatnio zupę ugotowałam w maju 2008 roku.

Wiem, wiem - niewybaczalnie dawno.

Wcale nie dlatego, że nie lubię zup, bo bardzo lubię.
Nie dlatego też, że mi się ich nie chce gotować, bo cóż to za różnica jaką konsystencję ma to, co przyrządzam - stałą, czy płynną?
Ani nie dlatego, że zupy bawią mnie jednak ździebko mniej, niż inne potrawy - w końcu komicznych obiektów wokół nie brakuje - wcale niekoniecznie muszą za nie robić akurat zupy.
Może np. córka:
***
Ja: - "Co robisz?"
Ona: - "Aktywnie leżę."

Ja dzwonię: - "Słuchaj, gdzie jesteś? Kupiłabyś coś?"
Ona: - "Jeszcze w Chełmie, a co trzeba?"
Ja: - "Seler naciowy. Wiesz jak wygląda seler naciowy?"
Ona: - "No nie wiem, ale poradzę sobie."
Ja: - "No to super! Bo wiesz, WCZORAJ byłam na rynku..."
Ona - przerywajac mi: - "Mam być dostawcą selerow czy badaczem historii starożytnej?"


Ona dzwoni: - "Czy nie przechowałybyśmy Niemca?"
Ja - totalnie zaskoczona: - "Niemca? To Żydów się przechowuje chyba."
Ona: - "W XXI wieku - Niemców. Teraz nie mamy wojny tylko wymianę międzyszkolną..."



***

Tak więc niewielka popularność zup w moim domu ma miejsce również nie dlatego, że mnie one średnio śmieszą.

Nie jem ich i tym samym nie gotuję, bo jak się człowiek odchudza i ogranicza z ilością przyjmowanych pokarmów, to zupa, będąca w większości płynem, kradnie mu miejsce przeznaczone na konkretny posiłek. I potem chodzi się głodnym. No a niestety obiady z dwóch dań to menu w mojej rodzinie zarezerwowane wyłącznie na uroczyste okoliczności, nie na codzień.


Skąd więc teraz ta nagła zmiana frontu?
Głównie przez Anię, która na swoim blogu rozpisała -> konkurs na zupę i tego, i wiosenną:).
Ale też bo... cóż... nie da się ukryć, że przyda mi się więcej niż odrobina kulinarnej wstrzemięźliwości po przesadnie rozpasanych Świętach.
A także, ponieważ już mi się chciało zupy.:)
No i na koniec, żeby nie było na blogu brzydkiej dziury w menu.;)


Oto zupa:

Wiosenna w sposób tak nieprzyzwoity, że aż się zastanawiam, czy wypada się tym tak publicznie afiszować - tyle wiosenności naraz może zawstydzić.
Może wywołać na twarzy rumieniec.
Albo nawet niebezpiecznie pobudzić.
A wiadomo, że nie w każdych okolicznościach ekscytacja bywa tak samo pożądana.

Na przykład zimą, dajmy na to - skosztowałby człowiek wiosennej zupy, napalił się ciut nie euforystycznie, wybiegł w tym stanie na dwór i zaraz bach... złapał katar, albo się pośliznął i nie daj Bóg uszkodził.
Jakież to katastrofalne skutki mogłoby przynieść - dla gospodarki i życia społecznego!

Dlatego wiosenne zupy zdecydowanie lepiej jeść jednak na wiosnę. O tej porze roku nawet silne pobudzenie da się zawsze sensownie zagospodarować - skopać działkę, pojeździć na rowerze, upleść wianek z kwiatów... No jakoś tam sobie można w każdym razie poradzić z energią, która po takim posiłku nic tylko roznosi i roznosi.:)

No to jemy, Kochani?:) Tę zupę wiosenną na wiosnę?:)
Jemy!:)

Składniki na 8 porcji:
  • 2 łyżeczki oliwy z oliwek
  • 2 pory (tylko biała i jasnozielona część) grubo posiekane
  • 1 średnia grubo posiekana cebula
  • 2 rozgniecione ząbki czosnku
  • 1 mała główka młodej kapusty grubo posiekanej
  • 1 mały pęczek liści botwiny grubo posiekanych
  • 2 średnie młode ziemniaki pokrojone na duże kawałki
  • 2 młode marchewki grubo posiekane
  • 2 szklanki bulionu z kurczaka /z uwagi na konkurs użyłam bulionetki Knorr/
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 szklanki mieszaniny porteru i jasnego piwa w proporcjach 1:1

Wykonanie:
  1. Rozgrzej oliwę na dużej patelni na średnim ogniu. Dodaj pory i cebulę, smaż aż zmiękną ok. 5 minut. Dodaj czosnek, smaż kolejne 2 minuty.
  2. Całość przerzuć do garnka, dodaj kapustę, botwinę, ziemniaki i marchew. Zalej wszystko gorącym bulionem i dodatkowymi 4 szklankami wrzątku. Posól, wymieszaj i zagotuj.
  3. Zmniejsz ogień i gotuj zupę 50 minut na małym ogniu, pod częściowym przykryciem, żeby ulotniły się z niej kapuściane zapachy.
  4. Zupę zblenduj, dodaj piwa, wymieszaj, całość podgrzewaj jeszcze przez 2-3 minuty, aż alkohol zupełnie wyparuje i podawaj.
Z czym podawać:
Można naturalnie z groszkiem ptysiowym, niemniej byłby to jednak niepotrzebnie wysokokaloryczny i mało wartościowy, choć rzecz jasna bardzo smaczny wybór.
Lepsze byłyby grzanki albo pełnoziarnista bagietka, plus niewielki dodatek startego parmezanu.
Ja użyłam stostowanej bagietki czosnkowej - mniam.:)

Gotowe!


Bardzo smacznego!
Źródło - "Potęga warzyw"
Edit:
Hurra, hurra, hurra i się udało i będę sobie teraz blendowała do woli i co mi pod blender  podejdzie -> Wyniki konkursu - Bajkorady! Wiosenne zupy to jednak potęga!:) Dziękuję Ci, Aniu!!!:*)

czwartek, 21 kwietnia 2011

MAKARON ZAPIEKANY Z KAPUSTĄ PEKIŃSKĄ

Straszne spiętrzenie robót mam znowu ostatnio, więc gotuję jak żyję, trochę pospiesznie, chaotycznie i na łapu capu, czego zresztą organicznie wręcz nie znoszę.

E. spaceruje po ulicach Paryża (chyba), bo z SMS-a: "U nas super! Całe dnie jesteśmy na zajęciach albo zwiedzamy" nie za wiele można wydedukować.
Ja kupuję nowy aparat, po który pojadę dzisiaj swoim samochodem wciąż na zimowych oponach.
Kotu zepsuło się sikanie, a zdaję sobie sprawę czym to grozi.
Nie umyłam okien.
Przede mną mega gorący tydzień w pracy.
I do tego wszystkiego czuję lawinowo narastający głód słodyczy.

Dlaczego on nachodzi mnie zawsze wtedy, kiedy wszystko się komplikuje?

Głupio pytam.
Przecież wiem to aż nadto dobrze.

Dlatego.

I tylko wciąż nie wiem czym, oprócz czekolady i pochodnych, mogłabym go zaspokoić. 
Bo niestety nie makaronem z kapustą.

On nie działa.
Jemu do czekolady, albo kawałka ciasta, najlepiej takiego z masą toffi, albo lodów Tillamook - The Peanut Butter Chocolate - najlepszych na świecie (oj, bo coś się zaczynam niebezpiecznie nakręcać) - tak daleko, jak stąd do... do... nie wiem dokąd, ponieważ aż tam to jeszcze nie byłam.

Ale skoro padło już hasło - makaron z kapustą, to może rozwinę temat.

Nie wiem co jest z tym makaronem, że na 4 podejścia, które do niego zrobiłam, aż 3 zakończyły się jedynie połowicznym zwycięstwem, hmm... porażką w zasadzie, mimo, iż prostsze danie trudno sobie wyobrazić. Dziwne, prawda?:)

W oryginalnym przepisie w skład tej potrawy wchodzi jarmuż. Kiedyś - raz, jeszcze w sieci Albert - udało mi się go kupić, niestety mimo, iż zrobiłam wszystko jak trzeba - jarmuż wyszedł twardy i dodatkowo gorzki.
Kolejnym więc razem zastąpiłam go kapustą pekińską i to był starzał w 10!
Zachęcona sukcesem chciałam go powtórzyć - popisać się przed E., która nie jadła tej udanej wersji, ale omyłkowo, zamiast kapusty pekińskiej zleciłam jej zakup włoskiej - no i znowu było twardo i łykowato.
Teraz, chcąc zatrzeć złe wrażenie, nabyłam pekinkę. Wymyśliłam natomiast, że zapiekanka będzie idealnym miejscem do ukrycia w niej pełnoziarnistego makaronu.
Błąd.
W zestawieniu z subtelną kapustą makaron razowy wypadł ciężko i topornie - o niebo lepszy byłby durum - w diecie redukcyjnej sprawdzający się niemal tak samo dobrze. 
Tyle, że nie wiem, kiedy danie ponownie pojawi się na moim stole, bo chwilowo mam go już trochę dość.;) Ono mnie zresztą chyba też;)

Składniki:
  • 225 g makaronu penne lub rigatoni z pszenicy durum
  • 1/2 łyżki oliwy z oliwek
  • 3 ząbki czosnku w cienkich plasterkach
  • 200 g kapusty pekińskiej posiekanej
  • 1 i 1/2 szklanki soku pomidorowego
  • 125 g chudego sera ricotta /użyłam po połowie pełnotłustej ricotty i homoserka Pilos 3%/
  • 50 g tartego niskotłuszczowego sera mozzarella /użyłam Zottarelli firmy Zott/
  • czarne oliwki bez pestek do przybrania

Wykonanie:
  1. Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 stopni. Spryskaj naczynie do zapiekania olejem w sprayu.
  2. Wrzuć makaron do wrzątku i ugotuj zgodnie z przepisem na opakowaniu.
  3. Rozgrzej oliwę na średnim ogniu, wrzuć czosnek i podsmażaj aż uzyska złoty kolor, nie za długo, bo zrobi się gorzki. Dodaj kapustę. Podsmaż do zrumienienia. Przełóż do dużej miski. Dodaj sos pomidorowy, ser ricotta i wymieszaj.
  4. Odlej makaron i wrzuć do miski z sosem. Wymieszaj. Przełóż do żaroodpornego naczynia i posyp mozzarellą. Przykryj przykrywką lub folią aluminiową.
  5. Piecz 30 minut. Odkryj i całość jeszcze raz starannie wymieszaj. Piecz kolejne 10 minut, aż zapiekanka zacznie się z wierzchu delikatnie przyrumieniać.
  6. Przed podaniem przybierz ją oliwkami.
Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Potęga warzyw"

wtorek, 19 kwietnia 2011

RYBA PO JUKATAŃSKU

Kolumbowych odniesień ciąg dalszy (-> kiszki z papryką). Niezamierzenie, bo niczego takiego nie planowałam - żadnych podróżniczych eskapad z serii palcem po mapie. Przynajmniej nie dzisiaj.:)
Chciałam jedynie zjeść naprawdę dobrą rybę, a ta akurat, choć bardzo lubiana, nie gościła na moim stole od dość dawna... jakieś 3 lata, więc czas na nią był już najwyższy.

Ryba po jukatańsku.

Ciekawe tylko kto i kiedy Meksykanom, a może i nawet samym Majom dostarczył pieczarki i czy przypadkiem nie w zamian za paprykę?

No dobrze, już dobrze.:) Żartowałam.:)

Danie przyrządzane w ten sposób robiłam dotąd trzykrotnie, przy czym za każdym razem z innym gatunkiem ryby. Po wykonaniu jej dzisiaj z dorszem, a jeszcze wcześniej z tuńczykiem i łososiem arbitralnie stwierdzam, że jak do tej pory nic nie przebija łososia i że odtąd właśnie jego będę polecała jako stałą rybną bazę tej potrawy. 

Nie dlatego, żebym miała cokolwiek przeciwko smakowi innych ryb, absolutnie nie.
Decydujące znaczenie mają tu zupełnie inne, powiedzmy -  estetyczno-wrażeniowe względy.

Po prostu. To własnie na łososiowym tle najefektowniej prezentuje się oliwkowa zieloność sosu i to łososiowe, zwarte mięso najlepiej współpracuje z chrupkością dyniowych pestek.

Niestety łososia nie udało mi się zdobyć*, a delikatny, biały dorsz jak widać, a może raczej, czego nie widać:), zupełnie zgubił się w paprykowo-pieczarkowym sosie i ryżu. Zapewniam Was jednak, że tam był i że smakował tak mocno, jak tylko dorsz potrafi.:)

* Do właścicieli jedynego sklepu rybnego 
w 70-tysięcznym mieście 
na południowym wschodzie Polski 
- list otwarty

Drodzy Państwo!
Czy mogą mi Państwo wytłumaczyć jaka jest filozofia i sens prowadzenia sklepu z szyldem "rybny", w którym NIGDY nie można dostać świeżych ryb? (I bardzo proszę mi tu nie mydlić oczu wigilijnym karpiem, o którego przed Bożym Narodzeniem człowiek potyka się na ulicy).

Czy zdają sobie Państwo sprawę, że asortyment oferowany przez Państwa - zmieloną rybę w zamrożonych na kość wodnych płytach i makrelę w tomacie kupię niemal w każdym bez wyjątku spożywczym sklepie w mieście?

Zapewniam, że gdyby klienci mieli GWARANCJĘ, że dostaną u Państwa to, co powinno być możliwe do dostania w takim właśnie miejscu, zjawialiby się regularnie i regularnie robili u Państwa zakupy.

Myślicie, że tego nie robią, bo nie lubią ryb, albo bo ich na nie nie stać?
Nie.
Nie przychodzą, bo zwyczajnie nie ma po co i dlatego właśnie Wasz sklep notorycznie świeci pustkami. 

Blask ten zresztą wkrótce może się okazać wręcz oślepiający - tylko patrzeć jak i Poczta Polska, w placówkach której nie uświadczy się pudełek do wysyłki, bo ich miejsce zajmują kołdry, szampony i obrusy, obłoży swoje okienka również rybimi puszkami.

W tym kraju wiele spraw jest postawionych na głowie, albo funkcjonuje wręcz bez niej. Czy koniecznie trzeba do tego grona zaliczyć również i Państwa z założenia tak pożyteczną działalność?
Z uszanowaniem 
Lekka coraz lżejsza

Potrawa ma wartość energetyczną od ok. 1150 do 1800 kcal w zależności od tłustości użytej do niej ryby.

Składniki:
  • 4 filety lub steki z łososia /użyłam filetów z dorsza po ok. 180 g każdy/
  • 2 łyżki soku z limonki
  • sól
  • pieprz
  • 1 zielona papryka
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 drobno posiekana cebula
  • 1 zgnieciony ząbek czosnku
  • 40 g pestek dyni
  • skórka starta z 1 limonki
  • 1 łyżka świeżo siekanej kolendry lub natki pietruszki
  • 1 łyżka świeżo siekanej mieszanki innych dowolnych ziół /użyłam pół łyżki suszonych ziół prowansalskich/
  • 60 g małych pieczarek pokrojonych w cienkie talarki
  • 2-3 łyżki soku z pomarańczy lub białego wina
Wykonanie:
  1. Rybę umyj, osusz, przełóż do płaskiej formy na zapiekanki, skrop i obtocz sokiem z limonki, przypraw solą i pieprzem, przykryj i odstaw na 30-45 minut do lodówki.
  2. Nastaw piekarnik na funkcję grillową. Włóż do niego paprykę, na górną półkę i piecz z każdej strony, aż skórka zrobi się czarna i zacznie pękać. Gotową paprykę wyjmij z piekarnika, owiń na 15 minut w papier, po czym obierz ze skórki, wydrąż i drobno posiekaj.
  3. Olej rozgrzej na patelni na małym ogniu i duś na niej cebulę, czosnek, paprykę i pestki dyni, aż cebula zrobi się miękka.
  4. Dodaj skórkę z limonki, wszystkie zioła oraz pieczarki, smaż 1-2 minuty, następnie mieszankę z patelni wyłóż równomiernie na filety z ryby.
  5. Piekarnik rozgrzej do temperatury 180 stopni. Rybę skrop sokiem pomarańczowym lub winem. Piecz pod przykryciem ok. 30 minut.
  6. Podawaj natychmiast.
Z czym podawać:

Ryba po jukatańsku najlepiej smakuje z ryżem - brązowym lub mieszanką długoziarnistego z dzikim.

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"


Potrawę dodaję do akcji Kingi -> Ryby!!! i Ireny i Andrzeja -> Dzień Czosnku.

Blog jest obecny w serwisie

TOP 10 ostatniego miesiąca