"Motywacja jest tym, co pozwala ci zacząć, nawyk jest tym, co pozwala ci wytrwać."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dopieścić podniebienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dopieścić podniebienie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 lipca 2011

TARTA ZIELONA

Jednych od bloga odrywają wakacje, innych nawał pracy - należę do tej drugiej grupy stety lub niestety - co tam komu bardziej pasuje.;)

Konkludując (nie ma to jak konkluzja sformułowana na samym początku wypowiedzi) przez jakiś czas moje notki będą się ukazywały nieregularnie, nie będę też miała czasu odpisywać na Wasze komentarze ani wpadać do Was w odwiedziny, za co z góry serdecznie przepraszam - obiecuję jednak, najszybciej, jak to tylko będzie możliwe, nadrobić wszelkie zaległości.:)


Ale jeszcze zanim one powstaną zapraszam na zieloną tartę.:)
Może być na zielonej trawce.:)

Tarta na kruchym, a więc bardzo tłustym cieście, którą przed wykluczeniem z lekkiej diety ratuje jedynie warzywny farsz, a i to nie bardzo.
Tak że zrobić, zjeść, podziękować i zapomnieć o niej na rok, do następnego sezonu, inaczej pójdzie w boczki, że hej. 

Ewentualnie zmodyfikować - i jajka, które oprócz białka również zawierają tłuszcz i to sporo, zastąpić np. fetą. 
Ale wtedy to już będzie oczywiście zupełnie inna tarta na zupełnie inny wpis.:) Ten jest jaki jest i trudno. Tzn. fajnie, bo nie dość, że wyszła ta tarta, to jeszcze naprawdę całkiem smaczna.:)

A podniecam się nią głównie z tego powodu, iż moja pierwsza tartowa próba sprzed jakichś 2 tygodni zakończyła się całkowitą porażką - ciasto pod farszem rozsypało się na miał i choć wyglądało i smakowało doskonale, polecić go w tych okolicznościach, co się rozumie samo przez się, absolutnie nie mogłam.

To, z przepisu znalezionego na blogu -> Renaty, wyszło okej, aczkolwiek do doskonałości trochę mu jeszcze brakuje (mogłoby być w konsystencji ciut... lżejsze?).

Niemniej z pewnością nie można mu odmówić kilku zalet - jest świetne do wałkowania - nie rozpada się podczas niego, nie kruszy i przy zastosowaniu techniki, o której wyczytałam nie wiem gdzie, jego wykonanie nie rujnuje połowy kuchni.

Ciasto

Składniki:
  • 125 g masła
  • 250 g mąki krupczatki
  • 1 żółtko
  • 1 łyżeczka soli
  • 50 ml wody
Wykonanie
  1. Zagnieć ciasto wg wskazówek zamieszczonych -> tutaj.
  2. Rozwałkuj je na wielkość naczynia do tarty (o średnicy 24 cm) na pergaminie, który wraz z ciastem, przykrytym dodatkowo aluminiową folią umieść w lodówce na co najmniej 30 minut.
  3. Po wyjęciu ciasta z lodówki usuń z niego folię, połóż na cieście naczynie i odwróć je wraz z papierem w taki sposób, żeby pergamin znalazł się na wierzchu, skąd będziesz go mógł już łatwo usunąć.
  4. Rozgrzej piekarnik do 190 stopni.
  5. Ciasto umieszczone w naczyniu do tarty, nakłuj widelcem, ponownie przykryj papierem, wyłóż ziarnami fasoli i piecz 15-20 minut. Usuń pergamin wraz z fasolą i piecz jeszcze 5-10 minut do zrumienienia. Ostudź.
Farsz

Składniki:
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 ząbek czosnku drobno posiekany
  • 1 duża czerwona cebula pokrojona w grubą kostkę
  • 1 zielona papryka pokrojona w grubą kostkę
  • 1 nieduża zielona cukinia wraz ze skórką pokrojona w grubą kostkę
  • 1 marchewka pokrojona w grubą kostkę
  • 1 łyżeczka ziół prowansalskich
  • sól
  • pieprz
  • 2 jajka plus 1 białko
  • 2 łyżki chudego mleka
  • 2-3 łyżki posiekanej natki pietruszki
  • 2-3 łyżki posiekanego drobno szczypiorku
Wykonanie:
  1. Rozgrzej oliwę na dużej patelni i wrzuć na nią czosnek, cebulę, paprykę, cukinię i marchewkę. Warzywa obsmażaj ok. 3-5 minut, aż staną się miękkie. Dodaj sól, pieprz i zioła prowansalskie. Ostudź.
  2. Rozgrzej piekarnik do temperatury 220 stopni.
  3. Wyłóż na ciasto warzywa.
  4. Jajka wraz z białkiem, solą i pieprzem roztrzep, dodaj natkę pietruszki i wylej równomiernie na warstwę warzyw. Całość przykryj luźno pergaminem i piecz ok. 20 minut.
  5. Tartę podawaj na ciepło lub na zimno posypaną szczypiorkiem i pokrojoną w kliny.
Gotowe!


Bardzo smacznego!
Źródło - "Kuchnia dietetyczna"

poniedziałek, 18 lipca 2011

Kurkumowo-kardamonowy KURCZAK Z MARCHEWKĄ

W nawiązaniu do poprzedniej notki i kilku komentarzy do niej.
Tak.
Zdecydowanie interesuje mnie psychologia jedzenia - to, co i jak jemy oraz co w związku z tym przeżywamy i bardzo żałuję, że w Internecie na ten temat niewiele można znaleźć - czyżby wciąż była to jeszcze naukowa terra incognita?
Bo nieliczne wzmianki na temat powiązań pomiędzy reprezentowanym typem budowy ciała a stylem odżywiania się, wpływu przekonań i innych czynników na preferowane bądź odrzucane menu, znaczenia wyboru miejsca, formy, konsystencji i rodzajów posiłków, oddziaływania na nasz nastrój kolorów spożywanych dań, etc. stanowczo nie wyczerpują tematu, ba - ledwie go sygnalizują.

Pełno jest za to w sieci artykułów dotyczących zaburzeń odżywiania - anoreksji, bulimii, kompulsji i wszelkiego rodzaju jedzeniowych uzależnień, tak jakby  uwagę psychologów były w stanie przykuć jedynie zachowania skrajnie odbiegające od normy.

Może psychologia jedzenia to dopiero pieśń przyszłości?
A może już zawsze przyjdzie nam słuchać wyłącznie o jej nieudanych wykonaniach?;)

Trochę na przekór tym przykrym tendencjom poruszę dzisiaj temat roli koloru w naszej diecie. A że lato w pełni i za oknem znacznie więcej słońca, niż w innych porach roku, a także, że blog jest kulinarny i redukcyjny - skupię się na energetyzującej, optymistycznej żółci.:)

W nawiązaniu do kulinariów to temu kolorowi właśnie przypisuje się głównie działanie wzmacniające i intensyfikujące pracę układu trawiennego; w chromoterapii, czyli leczeniu kolorami, barwa żółta jest stosowana przy problemach z wątrobą, zaparciami i chroniczną niestrawnością, zaś najbardziej kojarzona z tym kolorem jest zalecana przez dietetyków i lekarzy kuchnia indyjska.


W Indiach może nie żyje się długo, ale zdrowo.

No dobrze, żeby nie być posądzoną o nadużycie napiszę inaczej - Hindusi niemal nie chorują na nowotwory, co jak się przypuszcza, zawdzięczają głównie swojemu bogatemu w warzywa, nasiona roślin strączkowych, ryż i przyprawy sposobowi odżywiania.

Warzywa jak warzywa, nasiona jak nasiona a ryż jak ryż (żadnego bynajmniej nie lekceważę, ale nie mam też ambicji popełnienia tu i teraz na ich temat rozprawy doktorskiej), jednak mnie zainteresował szczególnie ten czwarty czynnik czyli przyprawy.

Według starożytnej medycyny indyjskiej, uznanej przez WHO koncepcji zdrowia i terapii - ajurwedy - "Jesteś tym, jak trawisz", toteż przyprawy mające dla tego procesu niebagatelne znaczenie, zajmują w kuchni indyjskiej poczesne miejsce - jest to zdecydowanie najbardziej bogata w aromaty i smaki dieta na świecie. 

Kuchnia Indii dosłownie tonie w przyprawach, co u osoby nieprzywykłej do tego typu różnorodności i mającej z nią kontakt po raz pierwszy, może wywołać wręcz szok.

Przyznam, że mnie się taki kilka lat temu przytrafił - przy okazji sporządzania wołowiny biryani - i chwilę trwało, zanim go oswoiłam.:) Za to już na dobre.:)

W daniu, które przygotowałam dzisiaj, jak na Indie niezwykle skromnie reprezentowanym przez przyprawy, więc doskonałym na początek przygody z ichnią kuchnią, użyte zostały:

- usprawniający system trawienny - wspomagający wchłanianie pokarmów i ułatwiający trawienie białek - kardamon oraz
- wykazująca silne właściwości przeciwwirusowe, antybakteryjne, przeciwgrzybiczne i, jak donoszą ostatnie wyniki badań, również antynowotworowe - kurkuma.

Kardamon jest trzecią po szafranie i wanilii najdroższą przyprawą świata, a kurkuma to bodaj najbardziej rozpowszechniony korzenny dodatek do potraw, na zachodzie stosowany w przemyśle spożywczym jako podstawowy barwnik nadający produktom sporządzonym przy jego udziale pyszną, zachęcającą do konsumpcji, żółtą barwę.

No i ?
Zachęca ta kurkumowa barwa choć trochę?
Pobudza wydzielanie soków trawiennych?
Mam nadzieję, że tak!:)

Składniki:
  • 2 łyżki oliwy
  • 300 g filetu z piersi kurczaka pokrojonego na kawałki wielkości kęsa
  • 1 ząbek czosnku drobno posiekany
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 2 duże marchewki pokrojone w kostkę
  • 6 strąków kardamonu /użyłam 1/4 łyżeczki mielonego/
  • 200 g ryżu basmati
  • 300 g pomidorów obranych ze skórki i pokrojonych w dużą kostkę
  • 500 ml bulionu z kurczaka
Wykonanie:
  1. Na dużej patelni rozgrzej oliwę i obsmaż mięso wraz z czosnkiem i kurkumą. Usmażonego kurczaka przełóż na talerz.
  2. Na patelni umieść marchew, dodaj kardamon i ryż - smaż mieszając 2 minuty.
  3. Dodaj pomidory i bulion, doprowadź całość do wrzenia, przykryj pokrywką, zmniejsz ogień i duś bez otwierania 10-12 minut, aż ryż będzie wystarczająco miękki. Dołóż z powrotem mięso i podgrzewaj jeszcze 2-3 minuty, w razie konieczności pozbycia się nadmiaru płynu - bez przykrycia. Podawaj na gorąco.

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Kuchnia dietetyczna"

sobota, 16 lipca 2011

DORSZ PO SYCZUAŃSKU

Żeby nie było, że rzuciłam temat na -> konkurs, a sama sprytnie zwinęłam żagle...


Gotować lubię dopiero od kilku lat. Wcześniej, przez bardzo długi czas, kuchnia stanowiła dla mnie przylądek Horn nudy; kilka zup, kotlety mielone na zmianę ze schabowymi, mięsne sosy, bigos, kluski, pierogi, smażony w panierce morszczuk i to samo od nowa, w koło Macieja. Na samą myśl o konieczności tysiącznego powtarzania tych samych czynności, po raz kolejny kosztowania tych samych smaków zaczynałam ziewać.


Wszystko zmieniła decyzja przejścia na lżejszą dietę oraz jej konsekwencja w postaci zakupu kilku książek kucharskich z zachęcającymi do degustacji fotografiami i... naraz mój ciasny, skurczony do rozmiarów pudelka zapałek kulinarny horyzont rozciągnął się hen, hen poza zasięg wzroku - pozostawiwszy za sobą widoki, do których przywykłam, jedyne dotąd mi znane.


Nowe okazało się takie fascynujące!
Nowe produkty, przyprawy, kombinacje, sposoby przyrządzania, nowe smaki i aromaty - ich bogactwo mnie zachwyciło i oszołomiło, gotowanie stało się już nie koniecznością, ale szalenie kręcącym mnie i zajmującym hobby.


Całkowicie zmienił się też jego charakter - z intuicyjnego na planowy.
W krótkim czasie nie byłam już w stanie wrócić do dawnych przyzwyczajeń gotowania czegokolwiek, z tego, co przypadkiem wpadło mi w ręce, w stylu - "co by tu teraz przekąsić?".

Zresztą to by się nawet nie udało. Raz, że trudno jest znaleźć w lodówce jednocześnie np. zaległą świeżą papryczkę chili, takiż seler naciowy, cebulkę dymkę, itp., itd., a dwa, że pogoń za nowym/innym momentalnie weszła mi w krew i stała się myślą przewodnią wszelkich moich kulinarnych poczynań, co w pewnym momencie okazało się zresztą wielce przydatne...

***
Gotowanie dla panstwa S.

jest swoistym rodzajem cyrkowej ekwilibrystyki. Głównie za sprawą J., która  - jak twierdzi - swoje życie i zdrowie zawdzięcza ziemniakom.

Salatka nicejska, gulasz irlandzki, kotlet ziemniaczany, ziemniaczane puree, ziemniaki w mundarkach, z wody, tluczone, smażone, pieczone, zapiekane i nadziewane, placki ziemniaczane, ziemniaczany quiche, ziemniaki białe, czerwone, słodkie, pod pierzynką z sera, z masą jajeczną, z miodową glazurą, z syropem klonowym... Na razie wciąż staję na wysokości zadania (ziemniaki na stole obowiązkowo codziennie), ale mam świadomość, że nawet moje uwielbienie dla różnorodności nie rozmnoży inwencji twórczej, której zasoby posiadam jednak ograniczone.

Poza tym J. nie uznaje:

- żadnych przypraw z wyjątkiem soli i pieprzu (przyprawy uczulają),
- jadania poza domem (oprócz frytek - ziemniaki(!) - knajpowe jedzenie to syf),
- większości owoców (za mało słodkie)

- większości warzyw (z przeróżnych powodów, np. okry z powodu jej... kształtu).

Stosunek J. do jedzenia jest oględnie mówiąc... niedbały.
J. posiłki łyka nie poświęcając uwagi ich smakowi. Zdarza się jej jadać potrawy zimne, bo nie używa mikrofalówki (mikrofale to śmierć), a przeważnie nie ma cierpliwości czekać aż coś się zagrzeje w sposób konwencjonalny. Na samo celebrowanie jedzenia też żal jej czasu - je więc na raty, z doskoku, byle gdzie i byle jak - na podłodze, w kucki, stojąc, chodząc, mówiąc, itp.

Kucharzenie dla J. traktuję nie tylko jak wyzwanie, ale przede wszystkim wielką lekcję pokory.

Z A. nie ma takich problemow. Żeby był zadowolony wystarczy, że obiad będzie:

- obfity
- z barbecue sauce (jego ulubionym ostrym sosem
).

Jest tylko jeden szczegół.

Prawie nic nie znaczący drobiażdżek.
A. nie cierpi ziemniaków.

***

Jeśli zaś o konkrety chodzi, szczególną estymą, jak już się pewnie co niektórzy zdążyli zorientować - darzę ryby, moja ulubiona kuchnia zaś to kuchnia chińska, o czym wspominałam przy okazji przyrządzania -> kurczaka z pędami bambusa.

Dzisiaj więc danie łączące te dwie miłości oraz pierwotną przyczynę jego pojawienia się na moim stole - pogoń za różnorodnością - czyli sporządzony aż z 20 składników, przepysznie chrupiący, lekko pikantny - dorsz po syczuańsku. 
Przepis na niego od lat zajmuje w stworzonym, a właściwie stale tworzonym przeze mnie rybnym rankingu wysoką drugą pozycję (choć doprawdy po ostatnim -> pomarańczowo-bobowym łososiu nie jestem pewna, czy nie jest to jednak przypadkiem miejsce ex aequo...)
Zapraszam!:)

Składniki:
  • 1 małe opakowanie ugotowanego makaronu chińskiego lub tajskiego lub 3-4 szklanki ugotowanego ryżu
  • 350 g filetu z dorsza
  • 1 małe roztrzepane jajko
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 4 łyżki wytrawnego białego wina
  • 1+2 łyżki jasnego sosu sojowego
  • olej do smażenia na głębokim tłuszczu /w tym szczególnym przypadku zalecam użycie woka, dzięki czemu potrzeba go znacznie mniej/
  • 1 ząbek czosnku pokrojony na cienkie plasterki
  • 1 cm świeżego imbiru drobno startego
  • 1 cebula drobno posiekana
  • 1 seler naciowy pokrojony na cienkie plasterki
  • 1 świeża czerwona chili drobno posiekana
  • 1 łyżeczka octu ryżowego
  • 1/4- 1/2 łyżeczki mielonego pieprzu syczuańskiego /uwaga - jest bardzo ostry - radzę nie przesadzić - sos jest pikantny już przy użyciu tej mniejszej ilości/
  • 175 ml bulionu rybnego lub warzywnego
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka mąki kukurydzianej
  • 2 łyżeczki wody
  • 5 łyżek pokrojonego drobno szczypiorku
  • opcjonalnie nać selera do przybrania

Wykonanie:

  1. Filet pokrój na kawałki wielkości kęsa.
  2. Jajko z mąką, winem i 1 łyżką sosu sojowego wymieszaj na gładkie ciasto - powinno mieć konsystencję gęstej śmietany. Wrzuć rybę do ciasta i starannie w nim obtocz. 
  3. Olej rozgrzej w woku aż zacznie dymić, zmniejsz ogień i smaż rybę porcjami przez ok. 3 minuty, do przyrumienienia. Po usmażeniu wyłóż ją na papierowe ręczniki, żeby ociekła z tłuszczu, następnie przełóż w ciepłe miejsce /do piekarnika lub na kratkę z woka/.
  4. Odlej olej z woka zostawiając go ok. 1 łyżkę i przez 1-2 minuty smaż na nim czosnek, imbir, cebulę, selera i chili ciągle mieszając. Dodaj resztę - 2 łyżki sosu sojowego i ocet - zamieszaj. Dodaj pieprz syczuański, bulion i cukier - zamieszaj. Dodaj mąkę kukurydzianą rozmieszaną z wodą, następnie szczypiorek. Ciągle mieszając gotuj wszystko przez około 1 minutę aż sos zgęstnieje.
  5. Wrzuć do sosu makaron lub ryż, starannie wymieszaj i podgrzewaj przez 2-3 minuty aż będzie gorący. Wyłóż na talerze, na wierzch połóż rybę i podawaj ozdobioną nacią selera.

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

Potrawę dodaję do akcji Ireny i Andrzeja -> Z Widelcem po Azji.

czwartek, 14 lipca 2011

SZASZŁYKI Z TOFU

Sezon grillowy w pełni, a ja dopiero teraz zorientowałam się, że popełniłam dotąd zaledwie jedne -> szaszłyki!
Co za kosmiczna fopa;)!

Wszystko dlatego, że rzadko mam sposobność uczestniczenia w tej rozrywce na łonie natury i moje grille są przeważnie rodem z całorocznego piekarnika. Ale to przecież nie znaczy, że nie mogę wejść w konwencję, prawda?

Pozwolicie, że z tofu wejdę.:)

Dotąd jadłam je jeden raz zaledwie i za nic nie mogę sobie przypomnieć, jak mi smakowało, z czego prosty wniosek, że szału nie było. 
Dopiero niedawna lektura artykułu Agnieszki Kręglickiej o -> tofu uświadomiła mi dlaczego.

"Tofu budzi się do życia, kiedy zanurzamy je w przyprawach."

I wszystko jasne!
Zaniedbany ceremoniał budzenia sera!

Uzbrojona w tę bezcenną wiedzę sięgnęłam po otrzymane w prezencie tofu i tu niespodzianka - okazało się bowiem, że nasza niby to śpiąca tofowa królewna jest najpewniej trzeźwa jak liść o poranku, ponieważ wpakowana przez producenta po pachy w bazylię i rozmaryn, w myśl zasady Pani Kręglickiej, niechybnie pozbawiona została szansy nawet chwilowego zmrużenia oka.:)

Co na to ja?
Przede wszystkim nie wpadłam w panikę (nieprawdopodobne jaka bywam czasem dzielna), tylko zmodyfikowałam przepis na marynatę, ufając, że to dobra decyzja i że moje tofowe szaszłyki nie wyjdą jednak bezpłciowe.

Nie wyszły.

Tzn. bezpłciowe nie wyszły.:) 
Zarówno w smaku, jak i w konsystencji okazały się charakterne dokładnie w sam raz.:)
I tak stałam się fanką twardego, ziołowego tofu w kostce, które mam nadzieję nabędę w takiej postaci również w Polsce. 
Niewykluczając południowo-wschodniej.:)

Składniki (porcja dla 3 osób):
  • 250 g twardego tofu
  • 1 mała czerwona papryka /użyłam 1/2 czerwonej i 1/2 żółtej/
  • 1 bardzo mała cukinia
  • 12 małych pieczarek umytych i osuszonych
Marynata:
  • Sok i skórka starta z 1 cytryny
  • 1 zgnieciony ząbek czosnku
  • 1/2 łyżeczki posiekanego rozmarynu /pominęłam/
  • 1/2 łyżeczki posiekanego tymianku /pominęłam/
  • 1 łyżka oleju z orzechów włoskich /użyłam sezamowego/
Wykonanie:
  1. Wymieszaj składniki marynaty.
  2. Ser odsącz, osusz papierowym ręcznikiem i pokrój w kostkę na 18 kawałków. Wrzuć do marynaty, dokładnie w niej obtocz i odstaw na 30 minut.
  3. Namocz w wodzie 6 drewnianych szpadek.
  4. Wydrąż paprykę i pokrój ją na ok. 2,5 cm kawałki. Blanszuj ją przez 4 minuty we wrzątku, następnie zahartuj zimną wodą i odstaw do ocieknięcia /dzięki temu zabiegowi nie będzie pękała przy nadziewaniu na szpadki i szybciej się upiecze/.
  5. Obieraczką do warzyw obierz cukinię w taki sposób, żeby pozostały na niej wąskie pasy skórki. Pokrój ją na 2,5 cm kawałki.
  6. Nastaw piekarnik na funkcję grillową.
  7. Na szpadki nadziewaj po kolei tofu, paprykę, cukinię i pieczarki. Posmaruj je pozostałą marynatą.
  8. Opiekaj szaszłyki ok. 6-10 minut, co pewien czas je odwracając i smarując resztą marynaty. Podawaj gorące.
Gotowe!


Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

wtorek, 12 lipca 2011

KREM KASZTANOWY

"Najlepsze kasztany są na placu Pigalle", a "Zuzanna lubi je tylko jesienią"*.


Ciekawe ilu z Was kojarzy ten tekst? W sensie skąd i dlaczego? 


Coś mi się zdaje, że nieliczni. 
I nic nie szkodzi, bo od pewnego czasu jest on już bardzo nieaktualny - najlepsze kasztany są u mnie w lodówce,

najlepszy na Placu Pigalle jest teatr "Czerwony Młyn" znany wszystkim bardziej pod nazwą Moulin Rouge i wsławiony najlepszym musicalem wszechczasów o tym samym tytule, ze ścieżką muzyczną napisaną przez mojego ukochanego kompozytora - najlepszego;) - Craiga Armstronga (ciekawostka - w filmie w roli narkoleptycznego Argentyńczyka wystąpił może nie najlepszy, ale znakomity polski aktor Jacek Koman), a co do Zuzanny... 
Otóż sądzę, że po skosztowaniu tych kasztanów z lodówki, będzie skłonna konsumować je z równym zapałem przez okrągły rok.:)

Potworna perspektywa i dla Zuzanny, i dla mnie!
Obdarowanie jej przepisem to jednak dużo praktyczniejsze rozwiązanie.:)

Super!


Żebym"ż" ja jeszcze tylko znała jakąś Zuzannę.
Choć pojedynczą.
A tu nic.
Zero.
Null.
Bezkresna Zuzannowa pustynia.

Zdarzyło mi się natknąć już w życiu na Saturninę, Walentynę, Honoratę, Teklę nawet Bernardę, ale na Zuzannę - nigdy.

I co ja mam teraz zrobić ze swoją recepturą na krem?
Ot i kłopot.:)

Nie jeden zresztą.
Drugi polega na tym,że nie mam pojęcia gdzie ją zaklasyfikować.

Taki krem to nie jest w końcu deser w dosłownym tego słowa znaczeniu, tylko raczej dodatek do deseru; w pojedynkę nie za bardzo nadaje się do konsumpcji, ale już jako uzupełnienie, w formie czy to masy do ciast, nadzienia do naleśników, smarowidła na tosty, gofry lub wafle, albo bazy do lodów ma szansę w pełni wykorzystać swój niezwykle interesujący potencjał smakowy.

Utworzył jak na razie moje -> dietetyczne lody No.1, a podany z serkiem homogenizowanym i odrobiną prażonych migdałów zabrzmiał na tyle niebanalnie przyjemnie, że na pewno jego pojawienie się na moim stole nie będzie jednorazowym epizodem.:)

Składniki:
  • 240 g kasztanów z puszki
  • 100-200 ml mleka /w zależności od tego, jaką konsystencję kremu chcesz uzyskać - ja dałam 200/
  • 110 g cukru brzozowego
  • cukier wanilinowy albo esencja waniliowa

Wykonanie:
  1. Wszystkie składniki kremu zblenduj dokładnie na maksymalnie gładką masę /mogłam się bardziej postarać/.
  2. Całość przelej do garnka o nieprzywierających ściankach i gotuj na małym ogniu przez około 20 minut co pewien czas mieszając, aż masa dostatecznie zgęstnieje.
  3. Krem ostudź, przełóż do zakręcanego słoiczka i przechowuj w lodówce do 1 tygodnia.

Gotowe!

Bardzo smacznego!

*Stawka większa niż życie – polski 18-odcinkowy serial telewizyjny, wyprodukowany w latach 1967-1968, w reż. Andrzeja Konica i Janusza Morgensterna. Autorem scenariusza jest Andrzej Zbych (pseud. Andrzeja Szypulskiego i Zbigniewa Safjana).
Cyt. pochodzi z odcinka 11, pod tytułem - "Hasło"

piątek, 8 lipca 2011

ZUPA MULLIGATAWNY

Wiem, że obiecałam na dzisiaj przepis na krem, ale plany musiały ulec pewnej modyfikacji z przyczyn, które się niebawem same wyjaśnią czy też może raczej odkryją.:)

Co się odwlecze, to nie uciecze - zaprezentuję za to zupę, w pewnym sensie też krem:), przygotowaną przeze mnie na weekend brytyjski akcji Adrijah -> F1 od Kuchni.

To bardzo znane i często goszczące na blogach danie może się pochwalić dość ciekawą historią. Otóż nie ma ono rdzennie indyjskich korzeni, jak się zwykło uważać, jednakowoż to Indie są jego kolebką - zostało mianowicie wymyślone właśnie tam, w XIX wieku, dla potrzeb brytyjskich kolonizatorów lubujących się w potrawach wieloskładnikowych obcych indyjskiej, za to charakterystycznych dla  wyspiarskiej tradycji.

Oczywiście w tej chwili funkcjonują już dziesiątki przeróżnych odmian Mulligatawny, jednakże jeden trójskładnikowy wątek przewija się w nich niezmiennie - seler, jabłko i curry.


I przy nim, jeśli pozwolicie, pozostanę.:)

Nie będzie więc w zupie ani śmietany, której nie użyłam w swojej kuchni bodaj od 5 lat (a przynajmniej niczego takiego sobie nie przypominam), ani mleczka kokosowego, bo od pół roku w moim mieście nie można nabyć lajtowego (6% tłuszczu zamiast 17), a mnie się skończyły zapasy.

Dlaczego śmietany nie?
Należy ona do tych nielicznych wysokotłuszczowych produktów, które spokojnie mogą być zastąpione równie smacznymi, a znacznie mniej kalorycznymi  swoimi odpowiednikami tj. serkami homogenizowanymi lub jogurtami.

Oto jak się w liczbach przedstawia taka zamiana:

Śmietana 12% - 135 kcal, 2,7 g - białka, 3,9 g - węglowodanów, 12 g - tłuszczu/100 g

Znakomity w smaku, śmietankowy, gęsty twaróg naturalny President (dostępny w Biedronce) - 90 kcal, 9 g - białka, 2,7 g - węglowodanów i 4 g tłuszczu/100 g

Gęsty jogurt naturalny Bakoma - 62 kcal, 3,6 g białka, 5,2 g węglowodanów i 3 g tłuszczu/100 g

Wydaje się, że różnica wartości energetycznej pomiędzy śmietaną a serkiem nie jest taka znaczna, ale w serku pochodzi ona głownie z białek, a w śmietanie z tłuszczu, którego ta zawiera aż 3-krotnie więcej.

Przekładając to na ludzki język w 1 szklance śmietany znajdują się 3 łyżki masła, w 1 szklance serka zaś - tylko 1.

Jeśli o jogurt chodzi to choć mamy tu do czynienia ze znaczną redukcją kalorii, to niestety mają one swoje źródło głównie w węglowodanach. Nie są to również  produkty o wysokiej zawartości białka, z czego wniosek, że dla diety redukcyjnej są mniej korzystne, niż serki, jednak oczywiście wciąż bardziej, niż śmietana.

Mam świadomość, że jest wiele potraw, w których nic śmietany nie zastąpi, ale jeszcze więcej takich, w których serek czy jogurt sprawdzą się równie dobrze, albo, które wręcz nie potrzebują ani jednego, ani drugiego, żeby doskonale smakować.

I do tej drugiej grupy, na szczęście dla odchudzających się, należy m.in. zupa Mulligatawny - ciekawostka na letni czas - w tej wersji rewelacyjna również na zimno.:)

Składniki:
  • 2-3 łyżki masła gee
  • 1 duża posiekana cebula
  • 2 duże pokrojone w kostkę marchewki
  • 2-3 pokrojone w talarki selery naciowe
  • 1 duże, twarde jabłko
  • 1 łyżka mąki
  • 1-2 łyżeczki curry madras w proszku /użyłam 1 łyżki zwykłej curry w proszku/
  • 1-2 łyżeczki pasty curry /pominęłam/
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 5 szklanek bulionu warzywnego lub drobiowego
  • 240 g pomidorów z puszki w kawałkach /użyłam świeżych bez skórki/
  • sól
  • pieprz
  • 1/2 - 1 szklanka ugotowanego ryżu
  • opcjonalnie 1/2 - 1 szklanka ugotowanego i rozdrobnionego mięsa z piersi kurczaka /dodałam/
Wykonanie:
  1. Masło podgrzej na patelni i ciągle mieszając smaż na nim cebulę, marchew, selera i 3/4 obranego i pokrojonego w kostkę jabłka, ok. 4-5 minut.
  2. Dodaj mąkę, curry i kolendrę. Smaż ok. 1 minutę.
  3. Przerzuć warzywa do dużego garnka i zalej je wrzącym bulionem, zagotuj.
  4. Dodaj pomidory, dopraw i gotuj pod przykryciem 30-45 minut, aż warzywa będą miękkie.
  5. Zupę lekko przestudź i zblenduj.
  6. Dodaj pokrojoną w cienkie plasterki resztę jabłka oraz ryż i ewentualnie kurczaka. Podgrzej i podawaj.
Po konsumpcji...

    Smakowała jak mało co.:)
    Zięć;) stwierdził, że czuć w niej historię.
    Choć zupa żółta, gwarantuję, że nie chodziło mu o historię żółtej... ciżemki.;)

    Gotowe!

    Bardzo smacznego!
    Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

    Blog jest obecny w serwisie

    TOP 10 ostatniego miesiąca