"Motywacja jest tym, co pozwala ci zacząć, nawyk jest tym, co pozwala ci wytrwać."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cukier trzcinowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cukier trzcinowy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2011

KREM KATALOŃSKI

Przygotowałam go na akcję Adrijah -> F1 od Kuchni, z którą to akcją wciąż, aż do teraz, jakoś mi się nie składało.:)

Był też inny powód.
Od jakiegoś czasu zaczęłam się mianowicie rozglądać za przepisami na małe, smaczne i niekłopotliwe deserki - takie, które mogłabym podać większej liczbie osób i które jednocześnie spełniałyby normy diety odchudzającej.

Mój wybór padł na crema catalana - hiszpańskiego krewnego (ponoć ojca(?), choć oficjalnego uznania ojcostwa chyba nigdy nie było;)) słynnego francuskiego creme brulee. 

Podstawowa różnica między nimi polega na tym, że receptura creme brulee opiera się na śmietanie kremówce, a crema catalana na mleku z dodatkiem słodkiej śmietanki i mąki kukurydzianej. Inaczej się je też przyrządza - ten pierwszy w kąpieli wodnej, drugi zaś bezpośrednio w garnku -> What is Crema Catalana?

Jak więc widać nawet w swoim oryginalnym wydaniu krem kataloński nie jest deserem będącym jakąś wściekłą bombą kaloryczną, choć oczywiście w sieci znaleźć można całe mnóstwo przepisów na bardzo i jeszcze bardziej wypasione jego wersje. 

Moja jest chyba najchudszą z możliwych, bo w ogóle bez śmietanki - dodatkowo sporządzoną 
- bez dodatku  zwykłego cukru, który zastąpiłam o 40% mniej kalorycznym cukrem brzozowym, 
- na chudym - 0,5% mleku i 
- z odtłuszczonych ekologicznie jajek kur regularnie biegających w kurzych maratonach, o których więcej przeczytasz tu -> (...)

Żartowałam.;) 
Ale wyłącznie względem kur.;)

Pozostała kwestia tego, co zarówno w jednym jak i drugim kremie najsmaczniejsze i najbardziej tuczące - karmelu.

Jego warstwa powinna być jednorodna i tworzyć zwartą skorupkę. Wymaga to, jak się nietrudno domyśleć, użycia sporej ilości cukru, co nie jest dobrym patentem na schudnięcie. Po głębszym zastanowieniu zdecydowałam się na rozwiązanie kompromisowe - nieco słodsza baza, mniej karmelu na wierzchu - na załączonych obrazkach widać, że dało to mocno niedoskonały wizualnie efekt, no ale nie można mieć przecież wszystkiego (przynajmniej ja często się tym tekstem pocieszam).:)

Odchudzony krem kataloński smakuje jak cynamonowo-cytrynowy budyń i o ile do cynamonowego akcentu nie mam najmniejszych zastrzeżeń - laska użyczyła deserowi aromatu, po czym dyskretnie się ulotniła, tzn. ja ją usunęłam - o tyle do cytryny - owszem. 
Obecność skórki jest w kremie wyczuwalna nie tylko w postaci zapachu, ale i dosłownie, a tego nie znoszę; krótko gotowana skórka za bardzo przypomina mi nielubiane wiórki kokosowe ergo - trociny. Kolejnym razem, a będzie taki z pewnością - po zagotowaniu starannie przecedzę mleko, żeby żadne cytrusowe farfocle nie ośmielały się zakłócać jego doskonałej, aksamitnej gładkości. Ewentualnie użyję cienko krojonej całej skórki, której potem będzie można bez problemu się pozbyć.

I uwaga ostatnia.
Crema catalana najlepiej jest serwować w małych, bardzo płaskich naczynkach - dzięki czemu każda łyżeczka kremu, a nie co druga lub trzecia, zyska szansę zostać zwieńczona słuszną porcją karmelu - wtedy właśnie będzie to dokładnie TO, o co chodzi.:)

Składniki:
  • 1 litr niskotłuszczowego mleka /użyłam mleka 0,5% tłuszczu/
  • 1 laska cynamonu
  • starta lub lepiej skrojona skórka z 1/2 cytryny
  • 6 żółtek
  • 6 łyżek cukru brzozowego Ksylitol /do gotowego już kremu dodałam jeszcze 1 łyżkę słodzika, bo był jednak za mało słodki/
  • 50 g mąki kukurydzianej
  • 4 łyżki cukru trzcinowego do karmelizacji

Wykonanie:
  1. Z całości mleka odlej 3/4 szklanki, resztę zagotuj wraz z laską cynamonu i skórką cytryny.
  2. W wysokiej misce utrzyj żółtka  z cukrem na kogel-mogel.
  3. Gorące mleko wlej cienkim strumieniem do żółtek (najlepiej jest zrobić to przez sitko) cały czas mieszając . 
  4. Resztę mleka połącz z mąką i starannie wymieszaj.
  5. Do miski z gorącym mlekiem i żółtkami wlej mleko z mąką (jeśli boisz się grudek, możesz ponownie użyć sitka) energicznie mieszając. Postaw garnek na małym ogniu i cały czas mieszając podgrzewaj masę, dopóki ta nie zgęstnieje, nie doprowadzając jednak do jej zagotowania.
  6. Przelej krem do naczynek i pozostaw do ostygnięcia. Zimny włóż na 2-4 godziny do lodówki.
  7. Przed podaniem każdą porcję posyp brązowym cukrem i skarmelizuj go specjalnie do tego celu przeznaczonym dyskiem (ferro per cremar), palnikiem lub w piekarniku nastawionym na funkcję grillową.
  8. Podawaj natychmiast, gdyż skarmelizowany cukier po pewnym czasie całkowicie się rozpływa.
Z czym podawać:

Crema to crema, ale do swojej porcji dorzuciłam garść pokrojonego w cienkie plasterki rabarbaru - polecam!:)

Gotowe!

Bardzo smacznego!

wtorek, 26 kwietnia 2011

KARAIBSKIE SZASZŁYKI z krewetek i ananasa

Krewetki. 
Już jakiś czas temu postawiłam sobie za punkt honoru znaleźć przepis na jak najlepsze, takie choć trochę zbliżone do tych przeze mnie ukochanych, czyli w cieście, których samodzielnie za nic nie potrafię odtworzyć.:( 


Szukam zatem innych rozwiązań - wierzę, że gdzieś czekają na mnie, na to, że je odkryję i że się nimi bez umiaru zachwycę - Domowe Krewetki Idealne.:)


To niestety jeszcze nie te:

Które choć dobre, naprawdę, stawiam na razie na drugim miejscu po -> hinduskich. Na razie, bo jak sądzę, tkwi w nich spory potencjał. Dlatego jeszcze po nie sięgnę - aczkolwiek z pewną modyfikacją. Następnym razem wylądują mianowicie tuż pod spiralą grilla, żeby się mocniej przypiekły z zewnątrz - pragnę, pożądam mega chrupiących krewetek, krewetkowych chipsów wręcz i dotąd będę szukać, aż znajdę takie, które mnie pod tym względem w 100 %-ach zadowolą.:)
Tym zabrakło do setki tych procent... 20, no może 15.:)
Ciekawe jak smakowałyby z grilla takiego ogrodowego?

Myślę, że mogłyby całkiem nieźle. Nawet przeciwnikom krewetek, na czele których niewzruszenie stoi moja mama.

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek w czym można upatrywać swojej niechęci do skosztowania pewnych potraw?

Myślę tak sobie, że czasem ma ona uzasadnienie w fizjologii i jest intuicyjnym unikaniem tego, co autentycznie może organizmowi zaszkodzić.
Znacznie częściej jest jednakże - tak uważam - wyłącznie skutkiem przekonań, które nabyliśmy w drodze socjalizacji i które pielęgnujemy w sobie latami, a nawet przez całe życie z podziwu godną determinacją, w celu...

Na pytanie o cel przebywania w narzuconych samemu sobie granicach, każdy musiałby już sobie odpowiedzieć osobiście.

Co zyskuję trwając uparcie w przekonaniu, że ten lub inny produkt jest niesmaczny i nigdy nawet nie próbując tej tezy zweryfikować?

Poczucie bezpieczeństwa?
Wrażenie sprawowania kontroli?

Miałam około 10 lat, kiedy pojechaliśmy z rodzicami na wakacje, nad jezioro. Moim ulubionym zajęciem było wówczas łowienie małych rybek, takich które zwykle kręcą się tuż przy brzegu i które od zawsze mocno mnie fascynowały - uklejek.
Znałam dobrze ich grzbiety, tymczasem chciałam zobaczyć - ba, dokładnie obejrzeć - jak wyglądają  całe, z boku i od dołu od czubków pyszczków po same ogony.
Mama wsparła więc moją ichtiologiczną pasję ofiarowując mi swoją pończochę, tata zaś - konstruując z niej rybacką sieć wizualnie przypominającą raczej podbierak. Albo siatkę na motyle, których łapaniem zajmowałam się tego lata równie namiętnie, co obserwacją ryb.:)

Pewnego dnia, a ściślej mówiąc wieczora, miałam tak dobre branie, że naraz trafiło mi się 7 rybek, co do których w jednej chwili powzięłam ambitne plany - rozpoczęcia domowego chowu akwariowego i przygotowania ich (utuczenia) do kolejnego sezonu wędkarskiego w charakterze żywej przynęty na szczupaka dla taty.
Rybki powędrowały więc do słoika, słoik na stół, ja zaś, nieco zmęczona połowem, do łóżka a wraz ze mną moje jeszcze nie ujawnione nikomu zamiary.

Po porannym przebudzeniu pierwszą rzeczą, którą zrobiłam było naturalnie sprawdzenie stanu rybek.

Ku mojemu zaskoczeniu w słoiku znajdowała się zaledwie 1/4 wody i żadnej rybki. Tata i brat spali. Odpowiedzi na pytanie co stało się z rybkami mogła mi udzielić jedynie mama.
Ale mamy nie było, ponieważ co rano chodziła do lasu po jagody.
Czekanie na nią trwało chyba z pół mojego życia.

Kiedy wreszcie weszła, zadowolona, z jagodami, do domku, wypaliłam od razu:
- "Nie wiesz, co się stało z moimi rybkami?!"

Reszta wydarzeń działa się jak na zwolnionym filmie.

Mama wzrok na mnie.
Ja wzrok na słoik.
Mama wzrok na słoik, następnie znowu na mnie, sekundę potem dłoń na buzię i wypad przed domek.

To ona. 
To ona w nocy wstała, spragniona sięgnęła po słoik i wypiła moje rybki!

I nie wyszłoby z tego żadne, najmniejsze halo, gdyby sobie tego nie uświadomiła.

Oto jak działa przekonanie.
Steruje naszą percepcją czyli sposobem odbierania i reagowania na bodźce płynące z zewnątrz.

Na każdym gruncie, kulinarnym również, przekonania mogą być tak samo budujące co i destrukcyjne.
Destrukcyjne są zawsze wtedy, kiedy nie tyle stoją w sprzeczności z prawdami głoszonymi przez autorytety (autorytety wszak mogą się mylić), ile, kiedy zagrażają bezpośrednio nam samym, naszemu życiu lub zdrowiu.
A skąd to wiedzieć, jeśli nie od autorytetów właśnie?

Z dietą akurat jest względnie łatwo.
Często wystarczy zaobserwować własne ciało. Ono, poprzez różnego rodzaju dolegliwości, zwykle samo mówi nam, że coś z naszym odżywianiem się jest nie tak, na długo wcześniej, zanim problemy ze zdrowiem zaczną już wręcz destabilizować nasze życie. Mówi to bardzo wyraźnie, jednak do osób żyjących w przekonaniu, że ciało to wyłącznie przytwierdzony do głowy pojemnik do napełniania, nie zaś wymagająca szacunku i troski istotna część ich samych, zwykle niewiele dociera. Przekonaniowy filtr zatrzyma każdą informację, która ośmiela mu się sprzeciwić.

"Przekonania są wrogami prawdy bardziej niebezpiecznymi od kłamstw." 
Nietzsche 

Zachęcam, gorąco zachęcam do próby powalczenia ze swoimi starymi, destrukcyjnymi przekonaniami typu:

Prędzej się pochoruję, niż zjem surową rybę (sushi).
Krewetki są obrzydliwe - nie ma mowy, żebym kiedykolwiek wzięła coś takiego do ust.
Ryb morskich nie jadam, bo śmierdzą.
Itp., itd.

i zbudowania nowych np. takich, że: 

Jedząc często ryby uniknę zawału.:)
Więcej ryb i owoców morza na moim talerzu oznacza dłuższe życie.:)
Ryby i owoce morza wprowadzone na stałe do mojej diety sprawią, że stanę się w widoczny sposób zdrowszy i silniejszy.:)

To ostatnie nie tyczy się osobliwego przypadku mojej mamy, ale wyjątek tylko potwierdza regułę...;)

Wartość energetyczna dania około 500 kcal.

Składniki:
  • 16 ugotowanych krewetek królewskich /użyłam 11/
  • 1 mały ananas
  • opcjonalnie wiórki kokosowe do dekoracji
Marynata:
  • 150 ml soku ananasowego bez cukru
  • 2 łyżki białego octu winnego
  • 2 łyżki brązowego cukru
  • 2 łyżki wiórków kokosowych /użyłam płatków migdałów/

Wykonanie:
  1. Z krewetek usuń twarde ogonki.
  2. Ananasa obierz, przekrój na pół, usuń zdrewniały rdzeń i połowę miąższu pokrój w równą kostkę.
  3. Połowę soku ananasowego rozmieszaj w płaskim, niemetalowym naczyniu wraz z octem, cukrem i wiórkami. Dołóż krewetki, kawałki ananasa, starannie wymieszaj i odstaw na co najmniej 30 minut.
  4. Ananasa i krewetki wyjmij z marynaty i na przemian nadziej na szpadki.
  5. Marynatę przecedź /ponieważ użyłam płatków migdałów nie było potrzeby tego robić/ i przelej do blendera. Pozostałą część ananasa pokrój na kawałki i zblenduj wraz z marynatą i resztą soku na gładki sos.
  6. Włącz piekarnik na funkcję grillową.
  7. Sos przelej na małą patelnię i gotuj przez kilka minut aż zgęstnieje.
  8. Szaszłyki posmaruj sosem i przełóż na ruszt, na najwyższą półkę. Grilluj po 3 minuty z dwóch stron smarując każdy obficie sosem.
  9. Podawaj według uznania posypane wiórkami z gorącym sosem.
Z czym podawać:

Myślę, że pasowałby do nich ryż, choć prawdę powiedziawszy ja zjadłam te krewetki bez żadnych dodatków.:)

Gotowe!


Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

Potrawę dodaję do akcji Kingi -> Ryby!!!

środa, 16 lutego 2011

FLĄDRA grillowana PO JAPOŃSKU

Do zdobycia ryby na dzisiejszy obiad podeszłam metodycznie, nie tak jak do ostatniego polowania na -> dorsza. Postanowiłam mianowicie zaprzestać walki z wiatrakami, tj. wymagać dostosowywania się rynku do moich osobistych konsumenckich potrzeb, a wykazać elastyczność i korzystać z tego, co mi ten rynek jest w stanie w danym momencie oferować.

Przed wybraniem się na zakupy wyszukałam więc sobie aż 4 niezależne i bardzo zróżnicowane przepisy na dania rybne, żeby być przygotowaną na czekającą mnie każdą możliwą rybią ewentualność. 
Nie ma to jak dobrze opracowana strategia.
System sprawdził się idealnie. 
Zero nerwów i straty czasu. A nabytek zaiste atrakcyjny - 4 urocze, płaskobrzuszne, niewielkich rozmiarów, świeżuteńkie flądry. Victory!

Uwielbiam flądry! Bo nie dość, że się sympatycznie nazywają (prawda?), to jeszcze mają mało i grube ości, dzięki czemu, w odróżnieniu od wielu innych ryb są bardzo przyjemne w konsumpcji. Oczywiście przy dysponowaniu choć podstawową umiejętnością radzenia sobie z rybą - a wiem, że nie każdy takową posiada (np. moja córka - nie;)).
Może kiedyś napiszę jak jeść ryby (i córka to przeczyta)? A może to nawet obfotografuję (i zobaczy)?


W każdym razie zachęcam osoby odchudzające się do jak najczęstszego nabywania ryb w całości - pstrągów, makrel, fląder właśnie. Zabawa z rybą z ośćmi spowalnia jedzenie posiłku i wydłuża proces trawienia. Kawałków pożywienia nie łyka się pospiesznie, co jest znamienne dla osób zmagających się z nadwagą. 
Kiedyś gdzieś przeczytałam, że dla usprawnienia pracy jelit każdy kęs jedzenia powinien być przeżuty 30 razy, zanim się go połknie! 
To bardzo trudna sztuka, w opanowaniu której ościste ryby mogą posłużyć jako idealne pomoce naukowe.:)


Flądry zdarzało mi się przyrządzać różnie. W zaprezentowany dzisiaj sposób robiłam je po po raz pierwszy, w mojej opinii - ze świetnym efektem.:)

Przygotowanie samego dania zajmuje dosłownie parę minut - tyle co połączenie składników na marynatę, trzeba sobie natomiast wygospodarować sporo czasu na sam proces marynowania - co najmniej 2 godziny (a najlepiej nawet i całą noc) potem zaś mieć chwilę na pokrojenie warzyw.
Flądra po japońsku jest potrawą wyjątkowo niskoenergetyczną, gdyż posiada zaledwie ok. 1000 kcal (900 - ryba + 100 - warzywa).

Składniki:


- 4 niewielkie flądry (po ok. 170 g każda)
- 6 łyżek sosu sojowego
- 2 łyżki sake /może być też białe wytrawne wino/
- 2 łyżki oleju sezamowego
- 1 łyżka soku z cytryny
- 2 łyżki cukru trzcinowego
- 1 łyżeczka startego korzenia imbiru
- 1 zgnieciony ząbek czosnku
- 1 mała marchewka
- 1 mała pietruszka
-  pęczek cebuli dymki
- 1 listek laurowy
-1/4 kostki bulionu z oliwą z oliwek i ziołami
- szczypta cukru 
Wykonanie:
  1. Rybę umyj i osusz papierowym ręcznikiem, po czym natnij ją w kilku miejscach po obu stronach, żeby marynata lepiej się wchłaniała.
  2. W dużym, płaskim naczyniu wymieszaj sos sojowy, wino, olej, sok z cytryny, cukier trzcinowy, imbir i czosnek.
  3. Ryby obtocz w marynacie z każdej strony i odstaw do lodówki na przynajmniej 2 godziny.
  4. Marchewkę i pietruszkę pokrój na cienkie słupki, cebulki dymki na 2 do 4 części. 
  5. Rozgrzej patelnię i na kropli oleju obsmaż warzywa przez 1-2 minuty, następnie dolej do nich 1/3 szklanki wrzątku z rozpuszczoną w nim kostką bulionu, dodaj szczyptę cukru, przykryj patelnię i duś całość na małym ogniu przez ok. 10 minut.
  6. Rybę grilluj 7-8 minut ciemną stroną do góry, po czym przewróć ją i opiekaj kolejne 4-5 minut. Podawaj natychmiast szczodrze obłożoną warzywami.
Z czym podawać:

Podałam naszą flądrę z cienkim makaronem ryżowym, ale był to ewidentny błąd w sztuce. Duszone warzywa stanowią idealne dopełnienie ryby - makaron zabrzmiał z nią nieszczerze - jak taki kulinarny kwiatek do kożucha. W ostateczności pewnie chleb byłby lepszy. Tylko w sumie po co?

    Gotowe!





    Bardzo smacznego!

    Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

    Potrawę dodaję do akcji Ireny i Andrzeja -> Z Widelcem po Azji.

    sobota, 12 lutego 2011

    KURCZAK ZE ŚLIWKAMI

    Rad nie rad (oj, rad:)) trzeba się było przeprosić z kurczakiem zdetronizowanym przez -> pizzę kilka dni temu. Czekał na swoje 5 minut, doczekał się i teraz on tu pan - pełną gębą, ze świtą samych najznakomitszych dodatków - taki kurczak, zwyczajny niby, a jak to się umiało - mięsko - ustawić...;)




    Zmusiłam Pana Kurczaka do dłuższego czekania, bo mi się w tzw. międzyczasie nadarzyła okazja wyjazdu - do Lublina. I taka mam krótką refleksję, którą się niniejszym podzielę - fajnie mieszkańcom tego miasta, że w jednym jedynym sklepie - mowa w tym konkretnym przypadku o mieszczących się w lubelskiej Plazie delikatesach Delima - mają taki bogaty asortyment produktów. Aż mnie ukłuła szpileczka zazdrości. Zwłaszcza na widok stoiska rybnego - jaki tam wybór gatunków! I rodzajów! I kształtów! I wielkości! Od samego patrzenia radość człowieka ogarnia. Tymczasem u mnie, w moim małym miasteczku, jedynie czego nigdy i nigdzie nie brak, to prostokątnych płytek mintaja i morszczuka. Wprawdzie Hania-Kasia powiedziała, że mam za to świeże powietrze, ale czy tym się można najeść?;)


    I zaraz doświadczę zemsty kurczaka, któremu kradnę cenne sekundy jego osobistych 5 minut. Postaram się w przyszłości, przy okazji pisania o rybach, wspomnieć o kurczaku, to może się wyrówna.


    Po kulinarnych klimatach azjatycko - północnoafrykańskich apetyt powiódł mnie ku basenowi Morza Śródziemnego.
    Potrawa, którą dzisiaj przygotowałam, nie ma jasno określonej proweniencji - szalotki pochodzą z Francji, wino z Hiszpanii, a ciabata to chlebek włoski, całość ma więc charakter na tyle międzynarodowy, że - jestem tego stuprocentowo pewna - zaspokoi również i wybredne polskie gusta.
    Wartość energetyczna dania - ok. 1300 kcal. Z dodatkami (pieczywem) będzie oczywiście odpowiednio więcej.


    A co w diecie redukcyjnej robi boczek???
    A sobie jest, a co?
    Oczywiście można z niego zrezygnować lub zastąpić go inną wędzoną wędliną, niemniej ma on taką (cudowną) właściwość, że dodany nawet w mikroskopijnej ilości nadaje każdemu daniu najprzyjemniejszy z możliwych posmak wędzonki, tutaj akurat idealnie komponujący się ze śliwkami. Jeśli więc do naszej potrawy wybierzemy chudy boczek (a są takie, np. boczek wędzony z Morlin) i dodatkowo odkroimy z niego najmniejszy widoczny tłuszcz, a  tłuszcz ukryty wysmażymy i odsączymy na papierowym ręczniku, nawet ten megakaloryczny gatunek wędliny ma szansę wkomponować się w dietę odchudzającą. Aczkolwiek - żeby była jasność w temacie - bez względu na wszystko, choć niewątpliwie atrakcyjna, nie może to być kompozycja na codzień.;)


    Składniki:
    • 2 plastry pokrojonego w kostkę chudego wędzonego boczku (nie więcej, niż 40 g)
    • 1 łyżka oleju
    • 450 g pokrojonych na jednakowej wielkości paski filetów z piersi kurczaka
    • 1 zgnieciony ząbek czosnku
    • 175 g przepołowionych szalotek (może być również cebula, np. dymka, ale szalotka ma od niej o niebo delikatniejszy smak i konsystencję)
    • 225 g pokrojonych na 4 części i wypestkowanych śliwek
    • 1 łyżka jasnobrązowego cukru trzcinowego
    • 150 ml wytrawnego sherry /użyłam półwytrawnego, w ostateczności może być białe wino, ale - przerabiałam to już - kosztem jest różnica głębi smaku/
    • 2 łyżki sosu śliwkowego
    • 450 ml gorącego bulionu z kury
    • 2 łyżeczki mąki kukurydzianej rozmieszanej z 4 łyżeczkami wody
    • 2 łyżki drobno posiekanej natki pietruszki
    Wykonanie:

    1. Na suchej patelni lekko podsmaż boczek, po czym przełóż go na talerz wyścielony papierowym ręcznikiem.

    2. Rozgrzej olej i podsmaż na nim kurczaka z czosnkiem i szalotkami przez 4-5 minut, kilka razy mieszając.

    3. Do kurczaka dodaj boczek, cukier, wino, sos i bulion, doprowadź całość do wrzenia i gotuj na małym ogniu, bez przykrycia, przez 10 minut.

    4. Dodaj śliwki. Gotuj kolejne 10 minut, żeby śliwki nie były surowe, ale też   zachowały kształt.

    5. Dolej mąkę z wodą i podgotuj wszystko, ciągle mieszając, jeszcze przez 2-3 minuty aż sos zgęstnieje.

    6. Gotowe danie udekoruj przed podaniem natką pietruszki.

      Z czym podawać:

      Idealne do tej potrawy są leciutko stostowane kromki ciabaty, ale i inne chrupiące pieczywo, np. pełnoziarnista bagietka, będzie tu równie mile widziane.:)


      I jeszcze jedna uwaga na zakończenie - nie, nie pomyliłam się i nie zapomniałam dodać do kurczaka soli i pieprzu. Danie ma tak doskonale wyważone ingrediencje, że nie potrzeba mu już żadnych dodatkowych.

        Gotowe!



        Bardzo smacznego!
        Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

        Blog jest obecny w serwisie

        TOP 10 ostatniego miesiąca