"Motywacja jest tym, co pozwala ci zacząć, nawyk jest tym, co pozwala ci wytrwać."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocet winny biały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocet winny biały. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2011

KOTLECIKI ZIEMNIACZANE Z KAPUSTĄ i karmelizowaną czerwoną cebulą

Najgorsze, jak człowiek ma lenia i mu się wtedy kapusty chce.

To znaczy, ja wiem, że może być jeszcze kilka gorszych rzeczy (np. jak myślisz, że masz ketchup/proszek do pieczenia/ocet (niepotrzebne skreślić), a go nie masz, albo jak stoisz nad patelnią z rozbitym jajkiem w rękach i wtedy nagle odkrywasz, że patelnia jest nieumyta), ale duet leń z ochotą na kapustę też potrafi nieźle dopiec - kto przeżył, ten wie, o czym mówię i na pewno będzie się ze mną solidaryzował w udręce.

Ochota ochoczo wertuje przepisy, a leniwiec przebrzydły marudzi - a to za długo się robi, a tu mięso trzeba dobre kupić, a tego to nikt więcej nie będzie jadł, itp., a czas leci, robi się coraz później i trzeba się  na coś zdecydować - koniec końców alternatywa jest jedna - jeść albo nie jeść.

No dobra - niech już będzie, że jeść.

Padło na kapustę z ziemniakami, a to dlatego, że mam zamiar wziąć udział w muzycznej akcji Magdy -> Jedzenie z muzyką w tle i te ziemniaki będą bardzo a propos, a właściwie tytułowym bohaterem znalezionego przeze mnie utworu, który zaprezentuję w następnym tygodniu, już po skompletowaniu całej jego obsady.:)


No to do miasta po kapustę.
Miała być włoska, co za pomysł - po włoską trzeba by chyba raczej do Włoch, więc jest polska, w Polsce południowo-wschodniej ogólnodostępna i w dodatku młoda - też coś.:)

Reszta składników kupiona już bez problemów, aczkolwiek zdobyć o tej porze stare ziemniaki wcale nie było łatwo - oferowało je tylko jedno stoisko na rynku; pan wydobył kilka sztuk spod sterty skrzynek, w zadziwiająco dobrej kondycji jeszcze.:)

A teraz będzie dygresja.

Muszę się przyznać, iż mam słabość do kapusty, ale bynajmniej nie kulinarną, bardziej... hmm... jakby to określić... frazeologiczną?
Otóż przez wiele lat, gdzieś do osiągnięcia pełnoletności, nazywana byłam w domu Kapuściną vel Kapustą. Przydomek ten wziął się z dość karkołomnego skojarzenia - rymu do mojego przekształconego imienia i z jego istnieniem wiąże się pewien stosunkowo zabawny epizod.

Otóż mając lat naście i wakacjując któregoś pięknego lata u wujka, na Mazurach,  wypłynęłam  byłam sobie hen hen daleko na jezioro, aż się tym oddaleniem zaniepokoiła moja mama. Stanęła przy brzegu i zaczęła mnie przywoływać: -"Kapusta! Kapusta!", co zdumiało wujka, jej brata, który dotąd nie słyszał tego przezwiska i go ze mną kompletnie nie kojarzył. Pyta więc taki zdumiony wujek mamę: - "Jadwiga, a gdzie ty tam kapustę widzisz?" Na co mama: - "No właśnie nie widzę, dlatego wołam." Wujka na to dictum tak przytkało, że ledwo zdołał wykrztusić: - "...kapustę...? ...wołasz..?" Niezwyczajny ton głosu brata pozwolił mamie zarejestrować absurd całej sytuacji, ale wyjaśnić ją i tak zdołała dopiero po paru minutach spędzonych na regularnym umieraniu ze śmiechu.:)

Dzisiaj jednak kapusta na bardzo poważnie, bo i ze starymi ziemniakami żartów nie ma, i w towarzystwie cebuli człowiek się prędzej popłacze, niż pośmieje.:)

Składniki:
  • 700 g mącznych ziemniaków
  • 1 obrany ząbek czosnku
  • 150 g kapusty włoskiej drobno poszatkowanej /użyłam białej/
  • 4 cebule dymki drobno pokrojone
  • 1 białko
  • sól
  • pieprz
  • 1 łyżka masła ghee
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
Karmelizowana cebula:
  • 4 duże czerwone cebule drobno posiekane
  • 50 g cukru /użyłam brzozowego/
  • 1 łyżka białego octu winnego
Wykonanie:
  1. Ziemniaki obierz, pokrój na równe kawałki i ugotuj wraz z czosnkiem do miękkości (15-20 minut). Po odcedzeniu zgnieć na puree i pozostaw do przestygnięcia.
  2. Kapustę zalej wrzątkiem i zblanszuj, następnie odcedź i dodaj do ziemniaków wraz z dymką, białkiem i przyprawami. Całość starannie wymieszaj.
  3. Czerwoną cebulę z cukrem i octem wrzuć na patelnię i duś na małym ogniu bez przykrycia przez około 20 minut, aż wyparuje z niej niemal cały płyn, a ona stanie się miękka.
  4. Uformuj z ziemniaków 12 małych kotlecików (po 3 na osobę).
  5. Roztop masło i olej na patelni i smaż kotleciki z obu stron na małym ogniu do zrumienienia.
  6. Podawaj gorące ze skarmelizowaną cebulą.
Gotowe!
 Bardzo smacznego!
Źródło - "Szybko i smacznie - kuchnia wegetariańska"

wtorek, 26 kwietnia 2011

KARAIBSKIE SZASZŁYKI z krewetek i ananasa

Krewetki. 
Już jakiś czas temu postawiłam sobie za punkt honoru znaleźć przepis na jak najlepsze, takie choć trochę zbliżone do tych przeze mnie ukochanych, czyli w cieście, których samodzielnie za nic nie potrafię odtworzyć.:( 


Szukam zatem innych rozwiązań - wierzę, że gdzieś czekają na mnie, na to, że je odkryję i że się nimi bez umiaru zachwycę - Domowe Krewetki Idealne.:)


To niestety jeszcze nie te:

Które choć dobre, naprawdę, stawiam na razie na drugim miejscu po -> hinduskich. Na razie, bo jak sądzę, tkwi w nich spory potencjał. Dlatego jeszcze po nie sięgnę - aczkolwiek z pewną modyfikacją. Następnym razem wylądują mianowicie tuż pod spiralą grilla, żeby się mocniej przypiekły z zewnątrz - pragnę, pożądam mega chrupiących krewetek, krewetkowych chipsów wręcz i dotąd będę szukać, aż znajdę takie, które mnie pod tym względem w 100 %-ach zadowolą.:)
Tym zabrakło do setki tych procent... 20, no może 15.:)
Ciekawe jak smakowałyby z grilla takiego ogrodowego?

Myślę, że mogłyby całkiem nieźle. Nawet przeciwnikom krewetek, na czele których niewzruszenie stoi moja mama.

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek w czym można upatrywać swojej niechęci do skosztowania pewnych potraw?

Myślę tak sobie, że czasem ma ona uzasadnienie w fizjologii i jest intuicyjnym unikaniem tego, co autentycznie może organizmowi zaszkodzić.
Znacznie częściej jest jednakże - tak uważam - wyłącznie skutkiem przekonań, które nabyliśmy w drodze socjalizacji i które pielęgnujemy w sobie latami, a nawet przez całe życie z podziwu godną determinacją, w celu...

Na pytanie o cel przebywania w narzuconych samemu sobie granicach, każdy musiałby już sobie odpowiedzieć osobiście.

Co zyskuję trwając uparcie w przekonaniu, że ten lub inny produkt jest niesmaczny i nigdy nawet nie próbując tej tezy zweryfikować?

Poczucie bezpieczeństwa?
Wrażenie sprawowania kontroli?

Miałam około 10 lat, kiedy pojechaliśmy z rodzicami na wakacje, nad jezioro. Moim ulubionym zajęciem było wówczas łowienie małych rybek, takich które zwykle kręcą się tuż przy brzegu i które od zawsze mocno mnie fascynowały - uklejek.
Znałam dobrze ich grzbiety, tymczasem chciałam zobaczyć - ba, dokładnie obejrzeć - jak wyglądają  całe, z boku i od dołu od czubków pyszczków po same ogony.
Mama wsparła więc moją ichtiologiczną pasję ofiarowując mi swoją pończochę, tata zaś - konstruując z niej rybacką sieć wizualnie przypominającą raczej podbierak. Albo siatkę na motyle, których łapaniem zajmowałam się tego lata równie namiętnie, co obserwacją ryb.:)

Pewnego dnia, a ściślej mówiąc wieczora, miałam tak dobre branie, że naraz trafiło mi się 7 rybek, co do których w jednej chwili powzięłam ambitne plany - rozpoczęcia domowego chowu akwariowego i przygotowania ich (utuczenia) do kolejnego sezonu wędkarskiego w charakterze żywej przynęty na szczupaka dla taty.
Rybki powędrowały więc do słoika, słoik na stół, ja zaś, nieco zmęczona połowem, do łóżka a wraz ze mną moje jeszcze nie ujawnione nikomu zamiary.

Po porannym przebudzeniu pierwszą rzeczą, którą zrobiłam było naturalnie sprawdzenie stanu rybek.

Ku mojemu zaskoczeniu w słoiku znajdowała się zaledwie 1/4 wody i żadnej rybki. Tata i brat spali. Odpowiedzi na pytanie co stało się z rybkami mogła mi udzielić jedynie mama.
Ale mamy nie było, ponieważ co rano chodziła do lasu po jagody.
Czekanie na nią trwało chyba z pół mojego życia.

Kiedy wreszcie weszła, zadowolona, z jagodami, do domku, wypaliłam od razu:
- "Nie wiesz, co się stało z moimi rybkami?!"

Reszta wydarzeń działa się jak na zwolnionym filmie.

Mama wzrok na mnie.
Ja wzrok na słoik.
Mama wzrok na słoik, następnie znowu na mnie, sekundę potem dłoń na buzię i wypad przed domek.

To ona. 
To ona w nocy wstała, spragniona sięgnęła po słoik i wypiła moje rybki!

I nie wyszłoby z tego żadne, najmniejsze halo, gdyby sobie tego nie uświadomiła.

Oto jak działa przekonanie.
Steruje naszą percepcją czyli sposobem odbierania i reagowania na bodźce płynące z zewnątrz.

Na każdym gruncie, kulinarnym również, przekonania mogą być tak samo budujące co i destrukcyjne.
Destrukcyjne są zawsze wtedy, kiedy nie tyle stoją w sprzeczności z prawdami głoszonymi przez autorytety (autorytety wszak mogą się mylić), ile, kiedy zagrażają bezpośrednio nam samym, naszemu życiu lub zdrowiu.
A skąd to wiedzieć, jeśli nie od autorytetów właśnie?

Z dietą akurat jest względnie łatwo.
Często wystarczy zaobserwować własne ciało. Ono, poprzez różnego rodzaju dolegliwości, zwykle samo mówi nam, że coś z naszym odżywianiem się jest nie tak, na długo wcześniej, zanim problemy ze zdrowiem zaczną już wręcz destabilizować nasze życie. Mówi to bardzo wyraźnie, jednak do osób żyjących w przekonaniu, że ciało to wyłącznie przytwierdzony do głowy pojemnik do napełniania, nie zaś wymagająca szacunku i troski istotna część ich samych, zwykle niewiele dociera. Przekonaniowy filtr zatrzyma każdą informację, która ośmiela mu się sprzeciwić.

"Przekonania są wrogami prawdy bardziej niebezpiecznymi od kłamstw." 
Nietzsche 

Zachęcam, gorąco zachęcam do próby powalczenia ze swoimi starymi, destrukcyjnymi przekonaniami typu:

Prędzej się pochoruję, niż zjem surową rybę (sushi).
Krewetki są obrzydliwe - nie ma mowy, żebym kiedykolwiek wzięła coś takiego do ust.
Ryb morskich nie jadam, bo śmierdzą.
Itp., itd.

i zbudowania nowych np. takich, że: 

Jedząc często ryby uniknę zawału.:)
Więcej ryb i owoców morza na moim talerzu oznacza dłuższe życie.:)
Ryby i owoce morza wprowadzone na stałe do mojej diety sprawią, że stanę się w widoczny sposób zdrowszy i silniejszy.:)

To ostatnie nie tyczy się osobliwego przypadku mojej mamy, ale wyjątek tylko potwierdza regułę...;)

Wartość energetyczna dania około 500 kcal.

Składniki:
  • 16 ugotowanych krewetek królewskich /użyłam 11/
  • 1 mały ananas
  • opcjonalnie wiórki kokosowe do dekoracji
Marynata:
  • 150 ml soku ananasowego bez cukru
  • 2 łyżki białego octu winnego
  • 2 łyżki brązowego cukru
  • 2 łyżki wiórków kokosowych /użyłam płatków migdałów/

Wykonanie:
  1. Z krewetek usuń twarde ogonki.
  2. Ananasa obierz, przekrój na pół, usuń zdrewniały rdzeń i połowę miąższu pokrój w równą kostkę.
  3. Połowę soku ananasowego rozmieszaj w płaskim, niemetalowym naczyniu wraz z octem, cukrem i wiórkami. Dołóż krewetki, kawałki ananasa, starannie wymieszaj i odstaw na co najmniej 30 minut.
  4. Ananasa i krewetki wyjmij z marynaty i na przemian nadziej na szpadki.
  5. Marynatę przecedź /ponieważ użyłam płatków migdałów nie było potrzeby tego robić/ i przelej do blendera. Pozostałą część ananasa pokrój na kawałki i zblenduj wraz z marynatą i resztą soku na gładki sos.
  6. Włącz piekarnik na funkcję grillową.
  7. Sos przelej na małą patelnię i gotuj przez kilka minut aż zgęstnieje.
  8. Szaszłyki posmaruj sosem i przełóż na ruszt, na najwyższą półkę. Grilluj po 3 minuty z dwóch stron smarując każdy obficie sosem.
  9. Podawaj według uznania posypane wiórkami z gorącym sosem.
Z czym podawać:

Myślę, że pasowałby do nich ryż, choć prawdę powiedziawszy ja zjadłam te krewetki bez żadnych dodatków.:)

Gotowe!


Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

Potrawę dodaję do akcji Kingi -> Ryby!!!

piątek, 15 kwietnia 2011

GULASZ CIELĘCY NA CIEMNYM PIWIE z marchewką, szalotką i pieczarkami

Jest to jedna z pierwszych potraw, od których zaczynałam radykalną zmianę swojego stylu odżywiania się - chyba najbardziej zbliżona do kuchni tradycyjnej - mięso z warzywami i sosem - różniące się od tych klasycznych jedynie bazą tworzącą sos; stanowi ją mianowicie nie bulion, tylko ciemne piwo - porter bałtycki.

Dodatek piwa nadaje daniu nie tylko zdecydowany akcent goryczki ale ubogaca je też i w inne, już nieco subtelniejsze nuty - kawy, karmelu, palonych ziaren - idealnie komponujących się z wyrazistym smakiem mięsa i naturalną słodyczą młodej marchewki.

Tak podejrzewam, że to dzięki niemu mój mąż z wyjątkowym zapałem zgodził się na wówczas jeszcze eksperyment kulinarny, jakim była próba wyeliminowania z naszej codziennej diety wszechobecnych: schabowego i mielonego.
Nie ma to jak zastosowanie w negocjacjach mocnego - w tym przypadku około 8,5%-owego argumentu.;)

Jak widać eksperyment zakończył się pełnym powodzeniem, a ja i mąż z przyjemnością i pewną dozą sentymentu co pewien czas wracamy do potrawy, od której tak wiele się zmieniło w naszej kuchni i całym życiu.:)


Gulasz na ciemnym piwie jest daniem wyjątkowym również z innego powodu. Otóż jak się przed chwilą doliczyłam nakarmiłam nim do tej pory rekordową liczbę osób - przeszło 40! I tylko raz reakcja na niego była inna, niż się spodziewałam.

Jeden z dwóch poczęstowanych nim panów składających mi półki w mieszkaniu pieczołowicie powybierał z niego i pozostawił z boku talerza wszystkie kawałki marchewki.

Jest kilka niezależnych wytłumaczeń takiego zachowania. Pan mógł:

- mieć  hobby (wpisane w CV) - "eliminowanie ze swojej diety wszelkich składników o indeksie glikemicznym powyżej 84",
- uważać kolor pomarańczowy za nietwarzowy,
- być potomkiem Kopciuszka i mieć  genetyczne skłonności do wybierania czego-nie-bądź zewsząd,
- zostać w dzieciństwie zaatakowanym karotką i dotąd tkwić w głębokiej traumie.

Edit:

wersja zaproponowana przez Myniolinkę:
- być zbyt wrażliwy na to, żeby ugryźć takie maleństwo, a co dopiero je zjeść,
wersja  zaproponowana przez Anię:
- mieć kompleks małej formy (...)

Bo opcji, że mu nie smakowała marchewka z mojego gulaszu, zwyczajnie nie przyjmuję do wiadomości.:)

Mówicie jeszcze, że co? Że mógł jej... nie lubić?
Dorosły, dojrzały mężczyzna?
Tak pełnej kruchego wdzięku, tak słodko uroczej, tak apetycznie zniewalającej marchewki?
Normalnie nie wierzę.
;)

Gulasz ma wartość energetyczną ok. 1200 kcal. Bez kaszy.

Składniki:
  • 500 g chudej cielęciny pokrojonej w 2-cm kostkę 
  • sól
  • pieprz
  • 2 łyżki oleju
  • 3 duże pieczarki bez nóżek pokrojone w grubą kostkę
  • 8 dużych drobno posiekanych szalotek (albo jedna bardzo duża cebula)
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • 1 butelka - 500 ml ciemnego piwa /użyłam portera z Żywca/
  • 1 łyżka białego octu winnego
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 500 g młodej marchewki pokrojonej na 5-cm kawałki /użyłam karotki z mrożonki/

Wykonanie:
  1. Umyj i dokładnie osusz mięso, posól je i popieprz.
  2. Rozgrzej olej na dużej patelni i na mocnym ogniu przysmaż mięso aż nabierze brązowego koloru. Przełóż do garnka i przykryj.
  3. Zmniejsz ogień. Na patelnię wrzuć pieczarki i szalotkę. Smaż ok. 5 minut aż się przyrumienią. Mieszając dodaj mąkę, następnie piwo i ocet winny. Doprowadź do wrzenia i całością zalej mięso. Zagotuj. Dodaj tymianek i marchewkę. Przykryj, zmniejsz gaz. Gotuj 1 godzinę i 15 minut na wolnym ogniu, co pewien czas mieszając, aż cielęcina będzie miękka.
Z czym podawać:

Gulasz zdecydowanie najlepiej smakuje z kaszą gryczaną choć i jęczmienna stworzy z nim znakomity duet.:)
I jak każde tego typu danie zyskuje po ponownym podgrzaniu.:)
.
Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Potęga warzyw"

Blog jest obecny w serwisie

TOP 10 ostatniego miesiąca