"Motywacja jest tym, co pozwala ci zacząć, nawyk jest tym, co pozwala ci wytrwać."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąka pszenna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąka pszenna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lipca 2011

DORSZ PO SYCZUAŃSKU

Żeby nie było, że rzuciłam temat na -> konkurs, a sama sprytnie zwinęłam żagle...


Gotować lubię dopiero od kilku lat. Wcześniej, przez bardzo długi czas, kuchnia stanowiła dla mnie przylądek Horn nudy; kilka zup, kotlety mielone na zmianę ze schabowymi, mięsne sosy, bigos, kluski, pierogi, smażony w panierce morszczuk i to samo od nowa, w koło Macieja. Na samą myśl o konieczności tysiącznego powtarzania tych samych czynności, po raz kolejny kosztowania tych samych smaków zaczynałam ziewać.


Wszystko zmieniła decyzja przejścia na lżejszą dietę oraz jej konsekwencja w postaci zakupu kilku książek kucharskich z zachęcającymi do degustacji fotografiami i... naraz mój ciasny, skurczony do rozmiarów pudelka zapałek kulinarny horyzont rozciągnął się hen, hen poza zasięg wzroku - pozostawiwszy za sobą widoki, do których przywykłam, jedyne dotąd mi znane.


Nowe okazało się takie fascynujące!
Nowe produkty, przyprawy, kombinacje, sposoby przyrządzania, nowe smaki i aromaty - ich bogactwo mnie zachwyciło i oszołomiło, gotowanie stało się już nie koniecznością, ale szalenie kręcącym mnie i zajmującym hobby.


Całkowicie zmienił się też jego charakter - z intuicyjnego na planowy.
W krótkim czasie nie byłam już w stanie wrócić do dawnych przyzwyczajeń gotowania czegokolwiek, z tego, co przypadkiem wpadło mi w ręce, w stylu - "co by tu teraz przekąsić?".

Zresztą to by się nawet nie udało. Raz, że trudno jest znaleźć w lodówce jednocześnie np. zaległą świeżą papryczkę chili, takiż seler naciowy, cebulkę dymkę, itp., itd., a dwa, że pogoń za nowym/innym momentalnie weszła mi w krew i stała się myślą przewodnią wszelkich moich kulinarnych poczynań, co w pewnym momencie okazało się zresztą wielce przydatne...

***
Gotowanie dla panstwa S.

jest swoistym rodzajem cyrkowej ekwilibrystyki. Głównie za sprawą J., która  - jak twierdzi - swoje życie i zdrowie zawdzięcza ziemniakom.

Salatka nicejska, gulasz irlandzki, kotlet ziemniaczany, ziemniaczane puree, ziemniaki w mundarkach, z wody, tluczone, smażone, pieczone, zapiekane i nadziewane, placki ziemniaczane, ziemniaczany quiche, ziemniaki białe, czerwone, słodkie, pod pierzynką z sera, z masą jajeczną, z miodową glazurą, z syropem klonowym... Na razie wciąż staję na wysokości zadania (ziemniaki na stole obowiązkowo codziennie), ale mam świadomość, że nawet moje uwielbienie dla różnorodności nie rozmnoży inwencji twórczej, której zasoby posiadam jednak ograniczone.

Poza tym J. nie uznaje:

- żadnych przypraw z wyjątkiem soli i pieprzu (przyprawy uczulają),
- jadania poza domem (oprócz frytek - ziemniaki(!) - knajpowe jedzenie to syf),
- większości owoców (za mało słodkie)

- większości warzyw (z przeróżnych powodów, np. okry z powodu jej... kształtu).

Stosunek J. do jedzenia jest oględnie mówiąc... niedbały.
J. posiłki łyka nie poświęcając uwagi ich smakowi. Zdarza się jej jadać potrawy zimne, bo nie używa mikrofalówki (mikrofale to śmierć), a przeważnie nie ma cierpliwości czekać aż coś się zagrzeje w sposób konwencjonalny. Na samo celebrowanie jedzenia też żal jej czasu - je więc na raty, z doskoku, byle gdzie i byle jak - na podłodze, w kucki, stojąc, chodząc, mówiąc, itp.

Kucharzenie dla J. traktuję nie tylko jak wyzwanie, ale przede wszystkim wielką lekcję pokory.

Z A. nie ma takich problemow. Żeby był zadowolony wystarczy, że obiad będzie:

- obfity
- z barbecue sauce (jego ulubionym ostrym sosem
).

Jest tylko jeden szczegół.

Prawie nic nie znaczący drobiażdżek.
A. nie cierpi ziemniaków.

***

Jeśli zaś o konkrety chodzi, szczególną estymą, jak już się pewnie co niektórzy zdążyli zorientować - darzę ryby, moja ulubiona kuchnia zaś to kuchnia chińska, o czym wspominałam przy okazji przyrządzania -> kurczaka z pędami bambusa.

Dzisiaj więc danie łączące te dwie miłości oraz pierwotną przyczynę jego pojawienia się na moim stole - pogoń za różnorodnością - czyli sporządzony aż z 20 składników, przepysznie chrupiący, lekko pikantny - dorsz po syczuańsku. 
Przepis na niego od lat zajmuje w stworzonym, a właściwie stale tworzonym przeze mnie rybnym rankingu wysoką drugą pozycję (choć doprawdy po ostatnim -> pomarańczowo-bobowym łososiu nie jestem pewna, czy nie jest to jednak przypadkiem miejsce ex aequo...)
Zapraszam!:)

Składniki:
  • 1 małe opakowanie ugotowanego makaronu chińskiego lub tajskiego lub 3-4 szklanki ugotowanego ryżu
  • 350 g filetu z dorsza
  • 1 małe roztrzepane jajko
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 4 łyżki wytrawnego białego wina
  • 1+2 łyżki jasnego sosu sojowego
  • olej do smażenia na głębokim tłuszczu /w tym szczególnym przypadku zalecam użycie woka, dzięki czemu potrzeba go znacznie mniej/
  • 1 ząbek czosnku pokrojony na cienkie plasterki
  • 1 cm świeżego imbiru drobno startego
  • 1 cebula drobno posiekana
  • 1 seler naciowy pokrojony na cienkie plasterki
  • 1 świeża czerwona chili drobno posiekana
  • 1 łyżeczka octu ryżowego
  • 1/4- 1/2 łyżeczki mielonego pieprzu syczuańskiego /uwaga - jest bardzo ostry - radzę nie przesadzić - sos jest pikantny już przy użyciu tej mniejszej ilości/
  • 175 ml bulionu rybnego lub warzywnego
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka mąki kukurydzianej
  • 2 łyżeczki wody
  • 5 łyżek pokrojonego drobno szczypiorku
  • opcjonalnie nać selera do przybrania

Wykonanie:

  1. Filet pokrój na kawałki wielkości kęsa.
  2. Jajko z mąką, winem i 1 łyżką sosu sojowego wymieszaj na gładkie ciasto - powinno mieć konsystencję gęstej śmietany. Wrzuć rybę do ciasta i starannie w nim obtocz. 
  3. Olej rozgrzej w woku aż zacznie dymić, zmniejsz ogień i smaż rybę porcjami przez ok. 3 minuty, do przyrumienienia. Po usmażeniu wyłóż ją na papierowe ręczniki, żeby ociekła z tłuszczu, następnie przełóż w ciepłe miejsce /do piekarnika lub na kratkę z woka/.
  4. Odlej olej z woka zostawiając go ok. 1 łyżkę i przez 1-2 minuty smaż na nim czosnek, imbir, cebulę, selera i chili ciągle mieszając. Dodaj resztę - 2 łyżki sosu sojowego i ocet - zamieszaj. Dodaj pieprz syczuański, bulion i cukier - zamieszaj. Dodaj mąkę kukurydzianą rozmieszaną z wodą, następnie szczypiorek. Ciągle mieszając gotuj wszystko przez około 1 minutę aż sos zgęstnieje.
  5. Wrzuć do sosu makaron lub ryż, starannie wymieszaj i podgrzewaj przez 2-3 minuty aż będzie gorący. Wyłóż na talerze, na wierzch połóż rybę i podawaj ozdobioną nacią selera.

Gotowe!

Bardzo smacznego!
Źródło - "Dania niskotłuszczowe"

Potrawę dodaję do akcji Ireny i Andrzeja -> Z Widelcem po Azji.

niedziela, 5 czerwca 2011

PIERSI KURCZAKA grillowane W MUSZTARDZIE

Tak w ogóle to miała być zupełnie inna potrawa.
Dziecinnie prosta i łatwa w przyrządzeniu - mógłby sobie z czymś takim poradzić pewnie i siedmiolatek.


Tylko ja jakoś nie mogę.
I całkiem niewykluczone, że z racji tego, iż 7 lat skończyłam już jakiś czas temu.;) Widać teza o nabywaniu mądrości i doświadczenia z wiekiem w niektórych przypadkach się nie sprawdza. Szkoda, że trafiło akurat na mnie.;)

Tradycyjnie już powiem - nic to.

Wprawdzie nie wychodzi mi grillowanie piersi kurczaka w taki sposób, żeby utrzymał się na nich żółty ser, ale mam inne zalety.

Potrafię np.:
- odebrać koci poród, 
- nastroić gitarę bez kamertonu,
- przepłynąć kilometr z niezmienionym pulsem,
- zrobić dymek w html-u

Myślę, że te cztery umiejętności są w stanie zrównoważyć brak rzeczonej  jednej.

Aczkolwiek może niekoniecznie akurat w porze obiadowej.

Ale i wtedy nic straconego - pozostaje siła perswazji - przekonanie  siebie i stołowników, że choć naga kurczęca pierś nie jest może tak apetyczna jak ta w otulince z goudy, za to do tego stopnia super hiper mega niskokaloryczna, że po jej skonsumowaniu można sobie pozwolić jeszcze na deser.:)

No i co, warto?
Na pewno tak!
Ale o deserze, już w następnym odcinku.:)

Składniki:
  • 1 łyżka chudego mleka
  • 2 łyżki ostrej musztardy z ziarnami gorczycy
  • 4 filety z piersi kurczaka umyte, osuszone i delikatnie rozbite tłuczkiem
W wersji dla 7-latków
dodatkowo:
  • 4 łyżki chudej tartej goudy
  • 3 łyżki mąki
  • 2 łyżki siekanego szczypiorku
Wykonanie:
  1. Nagrzej piekarnik do 200 stopni.
  2. W jednej miseczce wymieszaj musztardę z mlekiem, a jeśli czujesz się na siłach - w drugiej - mąkę, ser i szczypiorek.
  3. Obtocz filety w musztardzie z mlekiem i wyłóż je na ruszt. Pokryj filety z wierzchu serową mieszaniną.
  4. Piecz filety w piekarniku 30-35 minut, na złocistobrązowy kolor, aż z mięsa po nakłuciu w najgrubszym miejscu będzie wypływał klarowny sos.
  5. Jeśli zdecydowałeś się na wersję serową, w żadnym wypadku nie obracaj filetów na drugą stronę, ponieważ ser odklei się od piersi, a przyklei do rusztu i wtedy - żegnaj serze! Wszystko przepadło, już nie będziesz miał szansy go skosztować i wierz mi - wiem, co mówię.;)
  6. Filety podawaj na gorąco lub na zimno.
Z czym podawać:

Znakomicie smakują z ziemniakami w mundurkach na gorąco lub/i z sałatą  z dressingiem na zimno.
    Gotowe!

    Bardzo smacznego!
    Źródło: "Dania niskotłuszczowe"

    sobota, 23 kwietnia 2011

    BABKA Z DYNI z bourbonem


    28 marca - marzy mi się wyjazd gdzieś na Święta. Może udałoby się wyskoczyć do Kopenhagi?

    1 kwietnia - nic z tego - Kopenhaga zapowiedziała się do nas! Piotr przyjeżdża!:)

    7 kwietnia - zmiana planów - lecimy do Danii!
    Suuuper! 
    Wezmę ze sobą książkę - Weranda pełna słońca, którą dostałam w Margarytkowym -> konkursie za -> brioszkę i zrobię jej - znaczy książce - piękną sesję zdjęciową, z kopenhaskimi ulicami w tle - Margarytka będzie miała miłą niespodziankę.:)

    12 kwietnia - zmiana planów - we wtorek zaraz po Świętach mam mieć zajęcia. Muszę zostać w Polsce, a za jedyną lekturę posłuży mi Trening interpersonalny - Jedlińskiego. W sumie też fajnie - kocham moją pracę.:)

    21 kwietnia po południu - zmiana planów - zajęcia odwołane.
    Na wszelkie ruchy międzynarodowe już za późno.
    Dom wygląda porażająco nieświątecznie.
    (...)
    Dobra, w takim razie chociaż upiekę babkę.:)
    I przeczytam Werandę!:) Tu i teraz - w Święta,  na moim pełnym słońca balkonie.:)

    Margarytko, jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuje Ci za tę wspaniałą książkę.:)

    Ponieważ nigdy nie piekłam babki, nie miałam do niej formy, więc postanowiłam ją pożyczyć od mamy.
    Nie spodziewałam się zupełnie, że zostanie mi zaproponowane coś takiego:


    Widzieliście kiedykolwiek taką formę?
    Ta ma co najmniej 43 lata, jest potwornie pokrzywiona (cynowa?) i należała jeszcze do mojej babci...

    Przyjemnie było myśleć, że kiedyś babcia Julianna wlewała do niej ciasto z nadzieją, że wyrośnie z niego coś smacznego, co potem będzie można spałaszować w miłych okolicznościach przyrody.:) Ożywionej i nie.:)


    Siedzimy sobie przed domem
    pijemy kawkę z bourbonem.
    Niczym się nie martwimy
    - tak działa babka z dyni.

    A jasne, że działa, bo oprócz pustych kalorii, ma jeszcze szereg cennych wzmacniających właściwości pochodzących od dyni, która wchodzi w jej skład i która niniejszym definitywnie opuściła już moją zamrażarkę. Znak, że wiosna przyszła!

    Zabierałam się za tę babkę jak pies do jeża, ponieważ warzywne wypieki bywają problematyczne i wiele z nich kończy jako zakalec,  co mi się mocno nie uśmiechało. Tutaj zresztą w grę wchodziło coś jeszcze, a mianowicie zakup do ciasta nietaniego bourbona no i perspektywa konfrontacji efektu z obiektywem aparatu, który jest bezwzględny wobec każdej, nawet najmniejszej niedoróbki, a cóż dopiero tak spektakularnej.;)
    Ryzyko było zresztą podwójne. W przepisie - amerykańskim - jest mowa o puree z dyni, tymczasem Amerykanie dyniowe puree kupują w puszkach i czort go wie, jak przetwarzana jest dynia, zanim do nich trafi - może jakoś termicznie?
    Postawiłam na klasyczne zblendowanie surowej dyni.

    I na szczęście nie stało się nic nieoczekiwanego.
    Ciasto jest mocno wilgotne, wręcz gliniaste, ale zakalca nie tworzy, toteż przepis na nie mogę polecić z czystym sumieniem.:)

    Edit poświateczny:
    Dzięki tej swojej wilgoci wytrzymało w imponującej świeżości aż 5 dni, po których tylko ono, ze wszystkich świątecznych ciast, które zostały upieczone w mojej rodzinie na te Święta, nadawało się do konsumpcji bez najmniejszych smakowych strat. Jak na razie jest to więc moja babka świąteczna number one:)

    Wartość energetyczna babki - duża, oj duża, tak duża, że można sobie na nią pozwolić raz do roku, na Wielkanoc.;)

    Składniki:
    • 2 szklanki mąki pszennej
    • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
    • 1 łyżeczka sody
    • 1 łyżeczka soli
    • 2 łyżeczki cynamonu
    • 1 i 1/2 szklanki cukru pudru
    • 1 szklanka oleju
    • 4 duże jajka
    • 1 i 1/2 szklanki puree z dyni porządnie odciśniętego z wody
    • 1/4 szklanki bourbona
    • opcjonalnie cukier puder do posypania lub dowolny lukier oraz rodzynki przez co najmniej 24 godziny moczone w bourbonie
    Wykonanie:
    1. Spryskaj 3 litrową formę do babki olejem w sprayu.
    2. Wymieszaj mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól i cynamon.
    3. Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 stopni.
    4. Utrzyj mikserem cukier, olej i jajka na gładką masę, dodaj dynię, a następnie mąkę z dodatkami i miksuj jeszcze przez chwilę. Dodaj bourbon, znów chwilkę miksuj, po czym przelej ciasto do formy.
    5. Piecz 45 - 50 minut /piekłam 60 minut/ aż patyczek wetknięty w ciasto będzie po wyjęciu suchy. Zostaw do ostygnięcia. Lekko ciepłe ciasto wyłóż ostrożnie z formy.
    6. Gdy zupełnie ostygnie posyp cukrem pudrem lub polej lukrem /zrobiłam lukier z ksylitolu i serka homogenizowanego, ale na przyszłość postaram się wymyślić coś innego, bo nie wyszło to tak, jak to sobie założyłam - tzn. smak okej, ale wygląd mniej/.
    Z czym podawać:

    Z kawką z kropelką bourbona - mniam...:)

    Gotowe!


    Bardzo smacznego!
    Źródło - "Potęga warzyw"

    Przepis dodaje do akcji Chantel -> Warzywa w Słodyczach i Mirabelki -> Wielkanocne Smaki.

    a teraz 


    Z okazji Świąt Wielkanocnych 






    życzę Wam, moi Kochani,  
    wiosny, wiosny, wiosny!




    Pękających pąków, topniejących śniegów,
    ptasich treli, słońca, które nie tylko świeci,
    ale wreszcie także grzeje




    - wiosny





    - w przyrodzie, w pracy, na koncie bankowym, w sercu
    i wszędzie tam gdzie jeszcze Wam zimno...


     Lekka

    piątek, 15 kwietnia 2011

    GULASZ CIELĘCY NA CIEMNYM PIWIE z marchewką, szalotką i pieczarkami

    Jest to jedna z pierwszych potraw, od których zaczynałam radykalną zmianę swojego stylu odżywiania się - chyba najbardziej zbliżona do kuchni tradycyjnej - mięso z warzywami i sosem - różniące się od tych klasycznych jedynie bazą tworzącą sos; stanowi ją mianowicie nie bulion, tylko ciemne piwo - porter bałtycki.

    Dodatek piwa nadaje daniu nie tylko zdecydowany akcent goryczki ale ubogaca je też i w inne, już nieco subtelniejsze nuty - kawy, karmelu, palonych ziaren - idealnie komponujących się z wyrazistym smakiem mięsa i naturalną słodyczą młodej marchewki.

    Tak podejrzewam, że to dzięki niemu mój mąż z wyjątkowym zapałem zgodził się na wówczas jeszcze eksperyment kulinarny, jakim była próba wyeliminowania z naszej codziennej diety wszechobecnych: schabowego i mielonego.
    Nie ma to jak zastosowanie w negocjacjach mocnego - w tym przypadku około 8,5%-owego argumentu.;)

    Jak widać eksperyment zakończył się pełnym powodzeniem, a ja i mąż z przyjemnością i pewną dozą sentymentu co pewien czas wracamy do potrawy, od której tak wiele się zmieniło w naszej kuchni i całym życiu.:)


    Gulasz na ciemnym piwie jest daniem wyjątkowym również z innego powodu. Otóż jak się przed chwilą doliczyłam nakarmiłam nim do tej pory rekordową liczbę osób - przeszło 40! I tylko raz reakcja na niego była inna, niż się spodziewałam.

    Jeden z dwóch poczęstowanych nim panów składających mi półki w mieszkaniu pieczołowicie powybierał z niego i pozostawił z boku talerza wszystkie kawałki marchewki.

    Jest kilka niezależnych wytłumaczeń takiego zachowania. Pan mógł:

    - mieć  hobby (wpisane w CV) - "eliminowanie ze swojej diety wszelkich składników o indeksie glikemicznym powyżej 84",
    - uważać kolor pomarańczowy za nietwarzowy,
    - być potomkiem Kopciuszka i mieć  genetyczne skłonności do wybierania czego-nie-bądź zewsząd,
    - zostać w dzieciństwie zaatakowanym karotką i dotąd tkwić w głębokiej traumie.

    Edit:

    wersja zaproponowana przez Myniolinkę:
    - być zbyt wrażliwy na to, żeby ugryźć takie maleństwo, a co dopiero je zjeść,
    wersja  zaproponowana przez Anię:
    - mieć kompleks małej formy (...)

    Bo opcji, że mu nie smakowała marchewka z mojego gulaszu, zwyczajnie nie przyjmuję do wiadomości.:)

    Mówicie jeszcze, że co? Że mógł jej... nie lubić?
    Dorosły, dojrzały mężczyzna?
    Tak pełnej kruchego wdzięku, tak słodko uroczej, tak apetycznie zniewalającej marchewki?
    Normalnie nie wierzę.
    ;)

    Gulasz ma wartość energetyczną ok. 1200 kcal. Bez kaszy.

    Składniki:
    • 500 g chudej cielęciny pokrojonej w 2-cm kostkę 
    • sól
    • pieprz
    • 2 łyżki oleju
    • 3 duże pieczarki bez nóżek pokrojone w grubą kostkę
    • 8 dużych drobno posiekanych szalotek (albo jedna bardzo duża cebula)
    • 2 łyżki mąki pszennej
    • 1 butelka - 500 ml ciemnego piwa /użyłam portera z Żywca/
    • 1 łyżka białego octu winnego
    • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
    • 500 g młodej marchewki pokrojonej na 5-cm kawałki /użyłam karotki z mrożonki/

    Wykonanie:
    1. Umyj i dokładnie osusz mięso, posól je i popieprz.
    2. Rozgrzej olej na dużej patelni i na mocnym ogniu przysmaż mięso aż nabierze brązowego koloru. Przełóż do garnka i przykryj.
    3. Zmniejsz ogień. Na patelnię wrzuć pieczarki i szalotkę. Smaż ok. 5 minut aż się przyrumienią. Mieszając dodaj mąkę, następnie piwo i ocet winny. Doprowadź do wrzenia i całością zalej mięso. Zagotuj. Dodaj tymianek i marchewkę. Przykryj, zmniejsz gaz. Gotuj 1 godzinę i 15 minut na wolnym ogniu, co pewien czas mieszając, aż cielęcina będzie miękka.
    Z czym podawać:

    Gulasz zdecydowanie najlepiej smakuje z kaszą gryczaną choć i jęczmienna stworzy z nim znakomity duet.:)
    I jak każde tego typu danie zyskuje po ponownym podgrzaniu.:)
    .
    Gotowe!

    Bardzo smacznego!
    Źródło - "Potęga warzyw"

    sobota, 9 kwietnia 2011

    Teksasko - meksykańska POTRAWKA Z INDYKA

    Miało być super hiper mega fajnie.:)

    Weekend w kuchni zapięty na ostatni guzik.:)
    Lodówka zaopatrzona od stóp do głów.:)
    Ja - pełna zapału i całą sobą nastawiona na działanie, na tworzenie.:)
    A tymczasem - big surprise - spotkała mnie dzisiaj wyjątkowa przykrość - aparat mi padł.:( 

    To, co kilka dni temu, przy okazji pieczenia -> brioszek, uznałam za swoje niedopatrzenie, okazało się poważnym problemem technicznym o zagadkowo brzmiącej nazwie - ERROR 99 - błąd nieokreślony. 
    Choć mnie osobiście określenie tego błędu nie nastręczyło żadnych trudności - wielki smutek i jeszcze większy kłopot.:(

    Szczęściem w nieszczęściu, kiedy zaczęłam właśnie rozważać opcję pożegnania z blogiem na czas serwisowania aparatu, pojawiła się Ona - Dobra Dusza i poratowała potrzebującą. Ona jest koleżanką mojej córki, ma na imię Olga, a jej pasja to fotografia - muszę w tym miejscu dodać, że - naprawdę dużego formatu.:) Zresztą zobaczcie sami -> fotografie Olgi.

    Olgo, bardzo serdecznie dziękuję Ci za Twój gest.:) Dzięki niemu mogę zaprezentować na blogu min. nasz dzisiejszy obiad - teksasko - meksykańską potrawkę z indyka.

    Konia z rzędem temu, kto potrafiłby wyszczególnić, która część mojej potrawki jest która.;) Zwłaszcza, że zamiast pokroić indyczą pierś na kawałki, jak to jest w przepisie i jak robiłam to zawsze, dziesiątki już razy - nie wiedzieć czemu przepuściłam ją przez maszynkę.:)

    W ten oto sposób, żyjąc sobie tu, w kraju nad Wisłą, przez przypadek zacieśniłam unię teksasko - meksykańską.:)
    A ponoć dyplomacja nie jest moją mocną stroną.:)

    Danie to stanowi idealny przykład, jak ja to nazywam - potrawy kompromisowej - czyli łączącej kulinarne gusta damsko - męskie. Smakuje jak porządny, treściwy mięsny gulasz, a tymczasem w jego składzie znajduje się zaledwie 300 g indyczej piersi i aż 1200 g warzyw!

    Uzyskanie w tych arcy warzywnych warunkach tak spektakularnego efektu smakowego zawdzięczamy pokaźnemu dodatkowi chili, która nadaje potrawce mocnego charakteru, cynamonowi - interesująco zaznaczającemu się w tle, bulionowi drobiowemu i podpieczonemu na złoto żółtemu serowi, którego ilości tym razem, z uwagi na mocno dietetyczny całokształt, wreszcie nie trzeba było specjalnie ograniczać.
    Dodatkowo warto zwrócić uwagę jeszcze i na to, że do sporządzenia potrawy, przeznaczonej na obiad dla 4-5 osób, użyta została 1, słownie: jedna torebka ryżu, podczas gdy zwyczajowo w takich okolicznościach i dla takiej liczby stołowników, używa się ich co najmniej 2.

    Potrawka ma wartość energetyczną - aż nie chce się wierzyć - ok. 1550 kcal. Teksascy Meksykanie, czy może meksykańscy Teksańczycy - ci to dopiero potrafią odchudzić posiłek!;)

    Składniki:
    • 1 łyżka oleju
    • 1 grubo posiekana cebula
    • 1 łyżeczka chili /jeśli ktoś lubi na ostro, to można nawet jeszcze troszkę więcej/
    • 1/2 łyżeczki cynamonu
    • sól
    • 3 łyżki mąki pszennej lub 1,5 łyżki mąki kukurydzianej
    • 440 g pomidorów z puszki w kawałkach
    • 1 szklanka bulionu drobiowego
    • 300 g mięsa z indyka pokrojonego w kostkę /użyłam piersi/
    • 2 cukinie pokrojone w grubą kostkę ze skórką
    • 1/2 dużej puszki kukurydzy
    • 1 i 1/2 szklanki ugotowanego, długoziarnistego ryżu
    • 100 g niskotłuszczowego tartego żółtego sera /użyłam mieszanki serów firmy Linessa z Lidla/

    Wykonanie:
    1. Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 stopni.
    2. Rozgrzej olej na dużej patelni o średnicy co najmniej 28 cm.
    3. Wrzuć na patelnię cebulę i smaż ją na małym ogniu ok. 5 minut aż zmięknie.
    4. Dodaj chili, cynamon, sól i mąkę. Smaż 2 minuty ciągle mieszając.
    5. Dodaj pomidory i wywar. Doprowadź do wrzenia. Duś 2 minuty, ciągle mieszając aż całość zgęstnieje.
    6. Wyłącz ogień. Dodaj mięso, cukinię, kukurydzę i ugotowany ryż. Wymieszaj. 
    7. Włóż potrawę do blachy do pieczenia i piecz 40 minut, aż całość będzie się gotowała. Posyp tartym serem i piecz jeszcze 5-10 minut, żeby ser się roztopił i zarumienił.
    Gotowe!

    Bardzo smacznego!
    Źródło - "Potęga warzyw"

    Blog jest obecny w serwisie

    TOP 10 ostatniego miesiąca